Pismo literacko-filozoficzne "Trismegista" - Oficjalna strona.
 
  Wstęp do pisma literacko-filozoficznego "Trismegista"
  Spis treści
  => Fragmenty
  => John Durewan-esej
  => Fotografie
  Artykuły o"Trismegiście"
  Linki
  Członkowie redakcji
Fragmenty

Fragmenty z 7/2014 numeru "Trismegisty".

Maya Noval
Credo”

ON JEST

Wielką i Małą literą

jaśniejącą w cieniu –

moją nienasyconą pasją

dotknięcia niewidzialnego

odmalowania nieopisanego

i ujęcia Wszechmocnego

w czeluści atomu –

On jest tam gdzie kryje się

doskonałość szczęścia –

On jest tam, Stwórca nicości

gdzie uzdrawiająca energia

rodzi cierpienie

w czystości błota –

On, do którego zwracam się

w męskim rodzaju, choć

nie jest ni kobietą ni mężczyzną –

Jak odczuć

jego elektryczne tchnienie

w gęstym cieniu

otchłani ? –

Jak utrzymać go na uwięzi słów ?

Jego – materię

nie-materii ? –

Tę, którą ścigamy

w snach –

Tę, co jest ostoją wszechświata –

On jest zagubioną prawdą

mędrkowań

Tę, której szukamy

w wieczności – On, ten bez końca,

który nie ma granic –

w doskonałości

ponad wszelką doskonałość –

w niedosycie

ponad wszelki niedosyt

w okrutnym współczuciu –

On jest wszystkim

On jest Istotą wszystkiego

wszechwładnym chaosem

mojego ducha

wiedzą wszelkiej wiedzy

On jest

w głębokiej nocy

mojej duszy...

Nie ma rady.

WIERZĘ.


Robert Skrzypek
Miasto”

To miasto zawsze będzie takie samo. Zawsze będzie nosiło znamiona pijaństwa i kurewstwa, mojego, naszego upadku, upodlenia, zezwierzęcenia. To miasto nigdy nie stanie się świętym miejscem, miastem pielgrzymek, pielgrzymów i świętych odpustów. To miasto zawsze będzie śmierdziało wódką, nasieniem i zaszczanymi bramami. To miasto zawsze będzie szeroko rozchylać swe uda ulic, zapraszać do środka, do rynku.

To miasto nigdy już nie będzie takie samo jak wtedy gdy mieliśmy parę naście lat. Już nie będziemy biegać po parku, po uliczkach, po sadzie księdza, który czerwony ze złości i przepicia będzie nas ganiał aż pod sam wysoki mur, podczas gdy my jako jedyni będziemy znać wyrwę w tym murze.

Nie będziemy już przychodzić do kościoła na najwcześniejszą msze, nie będziemy ministrantami, nie będziemy się spierać o to kto ma podać ampułki, a kto ma wziąć czytanie i modlitwę wiernych.

Tutaj teraz wracam do kumpli, przyjaciół, po kilka gorzkich słów, po marskość wątroby i po padaczkę poalkoholową.

Tutaj wracam do ojca. Do jego pijackiego bełkotu, do kwilenia niemowlęcia.

W tych językach zdradzana jest nam tajemnica.

Gdzieś między tymi starymi kamieniami, odrapanymi murami, ścianami, krzyżują się ścieżki łotra i świętego, którym chciałem być, a którym w konsekwencji zostałem.

Chaos już na przystanku, w przedsionku.

Kurwa już na parku, za sto złotych, a w barze piwo i pięćdziesiątka za dziesięć, i krzywy uśmiech kelnerki.

Kolejny raz, siedząc na obsranej przez ptactwo ławce, śmierdząc wódką, mięsem i papierosami, zastanawiam się – po co mi to wszystko?.

(...)

Mieszko Rybiński

***
Cóż po skowronku Mereditha?
Srebrny łańcuch rzucony w dno doliny.
Wajdeloci, minstrele, waganci
W kości grają o lirę i samogonu garnek.
Cielne krowy idą na rzeź,
Wojsku potrzeba konserw.
Płonie muzyka po stronie Guermantes.
Pucołowaty parobek gębę rozdziawia
Gdy mu tłumaczą co to różniczka.
Wnet zostać ma adoptowany
Przez rewolucję całki wymiany.

Henri Michaux
(Przełożył Krzysztof Andrzej Jeżewski)

Epoka Nawiedzonych

Kiedy ołówek, ten zdradliwy brat, nie będzie już zdradliwym bratem.

Kiedy najuboższy człowiek będzie miał pełne usta blasku i prawdy.

Kiedy samochody zostaną raz na zawsze pogrzebane na skrajach dróg.

Kiedy to, w co nie można uwierzyć, stanie się prawdą rzędu 2 x 2 = 4.

Kiedy zwierzęta każą zamilknąć ludziom swoim skrzeczeniem łatwiejszym do zrozumienia i niezrównanym.

Kiedy druk i jego namiastki będą już tylko dziwolągami jak kądziel lub monety Cesarza Augusta.

Kiedy wszystko zostanie starte wielką gąbką, a więc kiedy i mnie już tu nie będzie... dlatego teraz czerpię stąd rozkosz, a jeżeli zatrzymuję to wyliczanie, wy możecie je ciągnąć dalej.

Nie trzeba zakasywać rękawów, aby złamać zapałkę, a rola drogowskazu się nie zmienia, chociaż on sam nie odbywa drogi, a życie jest drogocenne dla kogoś, kto zmarnował już dwadzieścia sześć lat, a włosy szybko wypadają z głowy, która nie daje za wygraną, a płacz przychodzi nie kiedy indziej, jak dopiero po skończonej pracy, a rodzaje literackie to wrogowie, którzy zawsze was dosięgną, jeśli sami nie zdołacie ich trafić za pierwszym razem.

(...)

Krzysztof T. Dąbrowski

Drabble i skecze

Dobry”

- Boże czy jestem dobry?

- Tak.

- A jakbym podkradł cukierki?

- Dom rodziców jest twoim domem, więc są twoje.

- Super! - ucieszył się. - A jakbym ukradł ze sklepu?

- Każdy może zbłądzić.

- A jakbym... zabił zwierzątko?

- Ludzie polują na zwierzątka. Stworzyłem je dla was. Nawet jest święty od polowań.

- A człowieka?

- To jak w tej grze, w którą dziś grałeś. Życie to taka gra.

- Ale...

- Stworzyłem was śmiertelnymi, ale i też na swoje podobieństwo.

- Czyli jestem małym bogiem? Mogę zabić Krystiana z 3c, co mi dokucza?

- Skoro jesteś Bogiem...

- Super!

Diabeł cieszył się jak diabli. Udało mu się przekabacić niewinną duszyczkę. Statystyka została poprawiona.

Krzysztof „Korsarz” Biliński

Świetlisty Anioł”

Świetlisty Anioł

rozpostarł skrzydła wśród gwiazd

piorunem targnięte w przedwiekach.

Rozpierzchłe włosy kaskadą słońc

spłynęły w pulsarów morze.

Świetlisty Anioł

rozjaśnił ciemność kraterów,

gdzie spoczął, kiedy strącony

błąkał się w matni prowadząc duchy

ku wzejściu krwawych księżycy.

Świetlisty Anioł

rozpalił promienie jestestwa

i grzmotem pieścił kamieniołomy

półboskiej siły dotknięciem.

I rzekł ku niebu:

Tyś nas opuścił,

a my Cię szukamy!

Skrzydła rozłożył jakby do lotu...

Oczy świetliste utkwił w nicości.

Na barki przyjął ciężar boskości

i jęknął słabo,

choć siła w nim trwoży:

Głupiec, kto szuka -

Pan ten, kto tworzy!”

27.V.1998 r.

Jacek Rębacz

Mieszkanie”

- Masz pan tu klucze! Nasze rzeczy zabierzemy w ciągu kilku dni. Człowieku! Tu się nie da mieszkać! - grubasek niemal eksplodował.

- Dobrze Jasiu, że nie przelałeś zadatku - równie korpulentna jak małżonek połowica krzykacza, mimo iż wyraźnie wystraszona, nie zapomniała o praktycznej stronie zerwania umowy.

- Wszystko się tu sypie. Nawet prądu nie ma w łazience, trzeba sobie przyświecać latarkami.

Andrzej był znudzony. Podobna sytuacja powtarzała się za każdym razem.

- Przecież mówiłem, że mieszkanie jest do remontu. Meble są stare, może je pan spokojnie wyrzucić.

- Co mi pan tu z remontami! To, że są stare to małe piwo, gorzej, że się same ruszają! Człowieku! Tu straszy!

Tak, dobra, OK. Jędrek zmęczony przymknął oczy. Nie słuchał już tłuściocha. Nie był zaskoczony. Byłby nawet zdziwiony, gdyby się wreszcie udało. Machinalnie schował klucze do kieszeni. Zamknął drzwi za wystraszoną parą. Słyszał ich cichnące kroki na schodach. Ciekawe dlaczego nie zjechali windą? Może jej też się bali.

Nawiedzony blok z upiornym dźwigiem osobowym...Wszedł do pokoju. Wszędzie widać było ślady niemal panicznej ucieczki. Rozbebeszone śpiwory na łóżku, nie wypita kawa w szklankach, jakieś pokruszone ciasteczka. W kącie dwie otwarte turystyczne torby. W kuchni było nie lepiej. Zaczęli chyba jeść śniadanie. Na stole leżały jednorazowe talerzyki i sztućce, otwarte konserwy i słoik z ogórkami

Niezły bajzel.

Sprawa światła w łazience rzeczywiście była irytująca. Ilekroć zmieniał żarówkę - przepalała się. Widać gdzieś w instalacji było zwarcie. Para grubasów poradziła sobie zbierając z całego domu lampki i łącząc je istną plątaniną kabli i przedłużaczy.

Andrzej mało się nie zabił zahaczając o jeden z nich.

Zaczął sprzątać.

(...)

Kamil Czepiel

Fatum”

Wpatrywał się z niecierpliwością na tańczący wokół knota ognik, namiastkę płomieni szalejących w tym samym miejscu dokładnie rok wcześniej. Po chwili, obok narodził się drugi i zapełgał wesoło. Krzysztof nie dzielił jego radości, trwał w jałowej zadumie. Usiłował odszukać w strzępach pamięci twarz kobiety zajmującej podczas wypadku sąsiednie miejsce w autobusie. Widział jedynie brudną książkę, którą czytała na krótko przed śmiercią. Z czasem doszedł do wniosku, że książka, gdy poświęcimy jej czas, kradnie nam fragment duszy, dlatego też w obrazie tej nieszczęsnej dopatrywał się cząstki zmarłej tragicznie współpasażerki. Od tamtej pory darzył książki niezwykłym szacunkiem. To przecież one w znacznej mierze kształtują nasz światopogląd. Każda daje nam odrobinę swej mądrości, biorąc jednocześnie fragment naszych myśli w wieczyste posiadanie.

Zaczynało zmierzchać. Pożegnał ostatnim spojrzeniem uwity z polnych ziół, naturalny pomnik, za którego plecami wznosił się dziki, jaworowy lasek.

Tyle bólu i tyle piękna zarazem – pomyślał.

Uśmiechnął się smutno i wyruszył w kierunku miasta. Powrócił w to miejsce po raz pierwszy od dnia katastrofy drogowej. Długo się wahał, wiedział jednak od samego początku, że musi się tu pojawić. Odkładał w czasie tą podróż, aż w końcu nadeszła rocznica – teraz już nie mógł się wycofać.

Miasteczko nie było daleko, nawet nie zauważył kiedy wokół pojawiły się zabudowania. Wszedł do pierwszego napotkanego lokalu oferującego tanie noclegi, wynajął ciasny pokój na poddaszu, zostawił bagaż na łóżku i zszedł

(...)

Monika Woldańska

Impuls

Tramwaj. Nie cierpiał jakichkolwiek środków lokomocji, czuł się przytłoczony ich prędkością. I ludźmi, którzy wypełniali ten pojazd. Z natury był cierpliwym obserwatorem. Czas go poganiał, więc musiał zrezygnować z przechadzek na rzecz tramwajów. Monotonia wkradła się do jego życia. Mieszkał z dziewczyną, z którą był już bardzo długo. Już sam nie wiedział, ile to trwa. I pies. Nazwali go Pies. Kiedy po nieśpiesznym seksie kładli się plecami do siebie, Pies wskakiwał na łóżko i ogrzewał ich stopy. Kochał swoją kobietę, tą miłością, która nie ma skoków poza wytyczoną prostą. Akceptowali siebie w pełni. Czasami miał wrażenie, że ona jest nim – tylko w kobiecej wersji. Cieszył się myślą o długim, wspólnym życiu. Obydwoje dążyli uparcie do tego, co zaplanowali. Tramwaj. Codziennie woził go do pracy. Myśli błądziły na dobrze znane mu przestrzenie. Swoją pracę lubił, to było jedno z tych zajęć, które nie wymagają znacznej kreatywności. Wypełnianie dziennej dawki obowiązków, które zdążył przejrzeć na wylot. Nie nużyła go ta praca. Tramwaj. Kolejny przystanek. Deszcz spływał po szybie, a on obserwował biegnących ludzi. Jego uwagę przykuła drobna kobieta, która trzymała w dłoni przezroczystą parasolkę. Twarz miała skierowaną ku górze. Domyślił się, że wpatruje się w krople, które rozbijały się na jej parasolce. Rzucił mu się w oczy kolor jej włosów. Miała gęste, miedziane włosy, które mokre opadały na plecy. Kiedy tramwaj ruszył, obrócił głowę. Stała tam wciąż, oblizując z warg krople deszczu. Przez całą drogę nie potrafił wyrzucić tego obrazu ze swojej pamięci. Wrócił do domu, do niej i do Psa. Tramwaj. Praca. Dom. Myliły mu się nazwy tygodnia. Jego miłość śmiała się często, że dla niego powinna być jedna nazwa, która określałaby wszystkie dni tygodnia. Tramwaj. Praca. Dom. Zauważył pewnego dnia ze swego okna przebierającą się kobietę. Mieszkała naprzeciwko. Wpatrywał się w nią i nie odczuwał żadnych emocji. Zdjęła bieliznę, jej sterczące piersi przywiodły mu na myśl gruszki, które często kupował. Chrupiące o słodkim smaku. Podszedł do łóżka, do niej. Zawsze kochał się ze swoją kobietą – leniwie, nieśpiesznie. Koniuszkiem języka musnął jej pierś. Nie mógł jej smaku zakwalifikować do żadnego z mu znanych. Ona – pachniała nią i smakowała jak ona.

(...)

Arkadiusz Frania

***

wpadłem w panikę

twoich dłoni

od dotyków

ściera się naskórek

 

łuszczy się

pocałunek za uchem

i na udach

Sebastian Post

W lustrzanej rzeczywistości

Na scenę wchodzi zmęczony mężczyzna. Bierze lustro i wpatruje się w swoje odbicie przez dłuższą chwilę, stojąc w pozycji bocznej do widzów. Przed nim ustawiony jest stół z jednym krzesłem. Siada i zza paska wyjmuje butelkę wina, otwiera ją, po czym bierze głęboki łyk. Następnie wstaje z krzesła. Jest skierowany przodem do widowni.

Wszystko umarło. Cały wszechświat krwawi niczym opustoszały wulkan, nie umiejący już ziać malachitowym ogniem. Tylko ja przed wami stoję jako zbłąkany niegodziwiec. To ja, wasz Bóg, co tulił chore dusze do ojcowskiego łona. Kiedy śmierć bujała w kołysce osłabione dziecię, ja byłem w pobliżu i wskrzeszałem malusieńkie ciałko. Było nas wielu, ale tylko ja jedyny i prawdziwy, gdyż istniałem w miliardach samotnych gwiazd. W zakrwawionych mgławicach trójkątnym okiem dostrzegałem zalążki kolejnych stworzeń, bo nie księgi mnie zrodziły jak tysiące fałszywych mędrców, którzy bezsilni prowadzili ślepy lud donikąd. Nigdy nie było żadnych bogów poza mną, jeśli wymawiano imiona tych, co rzekomo świat stworzyli, pozostaną tylko istotami zatopionymi w kraterach kłamstw. Nie ma żadnego Boga poza mną. To ja utkałem świat i siłą palca wetknąłem życie w każdą najmniejszą istotę. Nauczyłem was poznawać rzeczywistość, bo kosmos to ja i w mym łonie spoczywa każde istnienie. Jesteście wewnątrz mego serca niczym księżyc w objęciach skamieniałego mroku.

Bierze duży łyk przechylając butelkę.

Cóż, że umieracie, skoro i tak w moim łonie spoczywa ludzkie ciało, bo poza mną nie ma już nic. Nie ma oddechu, śpiewu, blasku, mroku, ciepła, zimna. Żadne mądrości nie pozwolą zrozumieć utkanej prawdy, gdyż wszystko poza mną jest niepojętym systemem nadistnienia, gdzie zniknęło pojęcie dobra i zła, gdyż jakie znaczenie ma dobro i zło w funkcjonowaniu formy nadwymiarowej.

(...)

Krystian Kajewski

Cisza

Czemu te milczące przedmioty

Ptaki za oknem które spadają w locie

Ta skała w której tkwią narysowani myśliwi

Może marynarze cała ta opowieść bez morału

Czemu milczysz kiedy próbuję ciebie wymyślić

Jakby już na wstępie nic przez nic z niczego na nic

I zamiast nieba sperma we włosach

zamiast chleba wino z przeceny

zamiast poezji zostaje proza

zamiast muzyki cisza

w miejsce nagości martwota

zamiast wściekłości wrzask

Zebra

Pochylony nad truchłem afrykańskiego zwierzęcia, które wpadło w sidła.

Zastanawiam się nad tymi paskami, które są teraz trójkolorowe.

Białe, czarne i jeszcze czerwone. Strużka krwi wypływa

Istocie z przestrzelonego gardła. Dotykam palcami ciała, które jest ciepłe

Ciągle. Czuję pulsowanie tego, co było, a czego już nigdy nie będzie.

Zebra zabrana.

Spijała pewnie wody z tej rzeki, która ciągle istnieje.

Biegła po tej równinie, która nie zanika.

Aż natknęła się na kłusownika.

Martin Hulk...

Osobliwość percepcji”

Tłem naszej egzystencji jest rzeczywistość, której granice obejmują wszechrzecz, zamkniętą w niewiadomej, będącej przedmiotem badań. Niewiadoma pod powierzchnią świadomości w zimnej obróbce wrażeń, determinuje obiekt percepcji. Patrząc na to samo drzewo, twój pogląd może być niekwestionowanie oczywisty, że inni także postrzegają je w identyczny sposób. U swojej podstawy percepcja różni nas jakością wrażeń określanych angielskim pojęciem, Qualia. Ta podstawowa jednostka łatwo poddaje się kumulacji w formie ideologii, która zabarwia doświadczenie rzeczywistości. Z powodu umowności pojęć, jakość wrażeń tworzy iluzję braku odrębności postrzegania, która w istocie jest nieuniknioną cechą. Pytanie brzmi, „Czym jest rzeczywistość” skoro wszyscy postrzegamy ją inaczej?

W Teorii idei Platona, jakościowa różnica odczuć danej rzeczy jest tłumaczona niedoskonałością materii jako barierą po między ideami, choć ukształtowaną na ich podobieństwo. Współcześnie idee jako samoistne i jednorodne byty nie funkcjonują, są po prostu treścią procesów psychicznych. Podstawowe idee piękna, dobra i prawdy są zwykłymi frazesami i takie były od zawsze z powodu jakościowych doświadczeń - Qualiów. Czy widząc krzak róż można powiedzieć, że jest „nie piękny”? Z jednej strony „idealistycznie” róża jest piękna, ale gdy ktoś wpadł w krzak róż jako dziecko, nie będzie widział ich bezpośredniego piękna.

(...)

Mieszko Rybiński

Koszmar wielkich intencji”

W roku 1931 Ludwig Wittgenstein zapisał w notatniku, zapisał bardziej siebie samego świadomym będąc, niźli przenikliwym wobec czasu, w którym myśleć i myśli swe zostawiać, jak się pozostawia ślady na piasku mu przyszło, mu się zdarzyło: „W tym świecie (moim), nie ma tam też owej nieskończonej różnorodności rodzącej tragizm, (jako rezultat).” Zapis powyższy traktuje niestety, jako wyartykułowaną tęsknotę za totalitaryzmem.

Różnorodność nieskończona, mieszcząca w sobie tragizm, jako rezultat, zawierająca w sobie śmiech i błazenadę zrozpaczenia. Wprawdzie Wittgenstein nie myślał stworzyć, nawet na użytek własny, dla wygody i prywaty, definicji tragizmu, toż jednak tragizm ów można zdefiniować, biegnąc między wierszami jakże skąpych zapisków. Jest zwątpienie źródłem wszelkiej tragiczności. Wittgenstein wątpi, wątpi mnożąc przeciwieństwa, wątpi szukając wytchnienia pośród tworów sztuki, zwłaszcza w przestrzeniach przez niedefiniowalną muzykę stwarzanych. Wątpi w istnienie życiodajnych mocy pozyskiwanych przy pomocy praktykowania religii. Wątpi wreszcie w istnienie metody logicznej analizy rzeczywistości. Boi się, iż niebawem pozostaną mu tylko własnoręcznie sklecone odpowiedzi, a zabraknie pytań. Przywilej zwątpienia należy się zwykle ludziom wybrednym, zwłaszcza wybrednym filozofom. Jeśli więc przystaniemy na to, iż nieskończona różnorodność rodzi tragizm, to wybredny myśliciel nie przyśnie pośród nudy, raczej śmierć wybierze.

Jeśliby, zagubieni pośród nieskończonej różnorodności idei, wszyscy wybredni, którym przyszło żyć i tworzyć w pierwszej połowie wieku dwudziestego, posiedli świadomość własnej tragiczności, musieliby wyzwolić się i z klątwy eposu bohaterskiego. Epos, za którym Wittgenstein tęsknił, jako za łańcuchem pewnych cudownych i efektownych wydarzeń, pewną całość zwieńczoną brzemiennym finałem, najczęściej finałem śmiertelnym. Dla Attalusa ascety i filozofa, żyjącego w czasach cesarza Tyberiusza samobójstwo było jedyną godną i honorową możliwością zejścia z tego świata. Samobójstwo zwał „śmiercią rozważną” a pragnąć śmierci może nie tylko człowiek nieuleczalnie chory, zdesperowany lub nieszczęśliwy, ale też po prostu wybredny. Według Attalusa człowiek wybredny, „na zimno” śmierć sobie zadając, wydobywa się z „nudnego cyklu jedzenia, spania i zaspokajania żądz”. Nieskończona różnorodność, utrzymująca przy życiu ludzką cywilizację, będącą różnorodnością światopoglądów, snobizmów, kulturowych przyzwyczajeń, hobbystycznych zainteresowań albo też, jak w ostatnich pięćdziesięciu latach, różnorodność osiągalnych dla wszystkich chcących i wydolnych nabywców, różnorodność dóbr miałaby rodzić tragizm, jako rezultat. Co zamiast tego nieszczęsnego bytowania w otoczeniu nieskończonej kawalkady przedmiotów pożądania? Czyżby owa przywodząca ku autodestrukcji wybredność miała ocalić ludzkość. A może uznanie tyranii za rezultat ostateczny człowieczego trwania na ziemi. Przechodząc na stronę tyrana przyznajemy mu rację i zawierzamy jego „prawdzie”. Istnieje we mnie przeświadczenie, iż ci klerycy, ci intelektualiści, którzy natychmiast wyśmiali i precz odrzucili „Adolfa Hitlera metodę uczynienia raju na ziemi”, najpierw byli ludźmi wybrednymi, później zaś humanistami, chrześcijanami, intelektualistami. Nad permanentne „bycie na służbie” ludzie wybredni przedkładali obcowanie z rodzącą tragizm nieskończoną różnorodnością, wszak tragizm to nie beznadzieja, skoro znękany człek, wciąż wybawienia łaknie nawet pod postacią cudu. Co więcej, bycie tragicznym nie łączy się z ubezwłasnowolnieniem? Człowiek wolny i wybredny, gdy przegrywa to nikogo za to nie wini, jak twierdzi Brodski w swej „Pochwale nudy”.

Wyswobodzić się z klątwy eposu bohaterskiego to znaczy przerwać łańcuch adresowanych śmierci, ofiarowań w imię sprawy, krwi, losu, gestu i innych demonizmów. Bezinteresowność bohaterstwa i bohaterstwa bezrefleksyjność, czynią zeń przeładowaną nadmiarem gestu, przeciw społeczeństwu skierowaną groźbę. Etyka bohaterska zagraża życiu, jako takiemu, podczas gdy oparta na roszczeniach i zobowiązaniach etyka społeczna krzewi obyczaj perswazji (M. Dąbrowska za L. Petrażyckim). Bycie cząstką systemu demokratycznego jest kłopotliwe. Znacznie wygodniej żyje się w pozbawionym widocznych objawów zamordyzmu zniewoleniu, raz się poddawszy zostać poddanym na zawsze.

Pod koniec 1939, gdy się w Europie rozpoczęła gra mordercza, albo raczej na nowo i ze zdwojoną siłą została podjęta, po trwającym lat dwadzieścia zawieszeniu broni, Wittgenstein surowo ocenił rząd brytyjski („kupa bogatych, starych ludzi”). Nie potrafił uwierzyć we Francję i Anglię. Wątpił i także w to, iżby Hitler mógł utrzymać swe „europejskie imperium”. Fatalny epos bohaterski spisany choćby i na ludzkiej skórze, ułożony przez nieudanego artystę i tytułem „Mein Kampf” opatrzony, poczynał się wypełniać. Niegdyś przewodnikiem duchowym dla zbłąkanych młodzieńców było „Naśladowanie Chrystusa” Tomasza z Kempie i chyba aż do „Manifestu komunistycznego” z całą jego poetycką retoryką, rozgorączkowanie towarzyszyło młodym w poszukiwaniu, jak i zaniechaniu Zbawiciela. Gdy jesienią 1939 niemieccy żołnierze wyruszyli na front, wielu z nich przeczytało książkę Hitlera by jeszcze udatniej „naśladować fuhrera”, byli sumienni, karni i w okrucieństwie precyzyjni.

(...)

Karolina Kmera

,,Dzieło naznaczone kompleksem autonomicznym w myśl koncepcji C.G. Junga. Kompleks autonomiczny w myśl teorii C.G. Junga

Twórczy pierwiastek, który zamieszkuje część duszy, żyjący ,,własnym życiem” nazywany ,,niezależną istotą”. Sam kompleks definiowany jest, jako grupy treści psychicznych czy części osobowości, które funkcjonują oderwane od świadomości. Głównym źródłem kompleksów mogą być traumy lub wstrząsy emocjonalne. W ich skutek część psyche zostaje zasklepiona lub odłączona. Jung podkreśla przy tym, że „świadomość nie jest w stanie dowolnie wytworzyć jakiegoś autonomicznego psychicznego kompleksu”.

Kompleks ma charakter autonomiczny, wówczas, gdy ,,nachodzi” i przytrafia się, jawnie udowadniając swą wyższość wobec świadomej woli. Kompleks autonomiczny jest głównie domeną nieświadomości. Gdyby ,,ja” mogło go objąć całkowicie, wówczas nie byłby już autonomiczny.

Kompleks przejawia się na dwa sposoby, albo (w zależności od siły i energii), jako zakłócenie procesu twórczego, wówczas powstaje dzieło o określonych parametrach pod względem formy, kształtu i oddziaływania; taki rodzaj dzieła nie mówi nic ponadto, co autor w nie włożył i co chciał przez nie przekazać; w procesie przeżycia estetycznego dzieło wyczerpuje się według zamiaru autora.

Kompleks autonomiczny może całkowicie podporządkować sobie ego artysty i zniewolić je, wówczas dzieło staje się ,,nad osobowe”; spodziewać się należy obcości formy i obrazu; w procesie obcowania z dziełem pojawia się coś, co można wyczuć tylko intuicyjnie, a mianowicie symbole, bo tylko one mogą wyrazić to, co jest esencją dzieła, a co jest nieznane; wówczas powstaje dzieło symboliczne naznaczone kompleksem autonomicznym.

Według Junga najwyższą wartością jest twórczość, a piękno wcale nie musi wykazywać i stanowić wartości estetycznych. Jego zdaniem, piękno jest źródłem proporcji nowych form ukazywania się rzeczywistości. W konsekwencji piękno ma za zadanie przezwyciężyć zastany porządek społeczny.

Ponadto, sztuka jest zdominowana przez archetypy. Archetypy to konstytutywne elementy dla całej struktury psychicznej, które są podstawową tkanką pokładu nieświadomości zbiorowej. Mają charakter niezaktualizowany i wiążą się. Do archetypów zaliczamy archetyp: Animy/Animusa, Jaźni, Wielkiej Matki, Ojca, Cienia, Starego Mędrca, Wędrowca/ Maga, Męczennika/ Wojownika, Niewinnego/ Sieroty. Archetypy przejawiają się obrazową formą i to one podporządkują sobie artystę.

Ostatecznie sztuka istnieje jako środek do poznania nieświadomości. Artysta wobec tego celu jest bezbronny i bezradny musi się poddać tym siłom, które przejawia kompleks autonomiczny.

W szeroko pojętej twórczości mogą powstać dwa rodzaje dzieł sztuki, w zależności od stopnia ingerencji kompleksu w akt tworzenia.

Pierwszy to dzieło wywodzące się ze sztuki psychologicznej. Jego autor ma zamiar zrealizować cel, jaki sobie zamierzył. Używa do tego odpowiednich materiałów, jakie wcześniej sobie przygotował ( farby, płótno, dłuto) i konsekwentnie realizuje swoje artystyczne zamierzenie, w celu osiągnięcia (mniej lub bardziej) wcześniej wybranej, określonej wyobraźnią intencji.

Artysta w tym przypadku inspiruje się tym, co zamieszkuje w jego świadomości: przeżyciami, doświadczeniami, wspomnieniami, lękami  itp. Dzieło tworzone jest zgodnie z obowiązującymi (lub nie) normami, kanonami, ubrane jest w odpowiednią formę, oprawione jest w mniej lub bardziej wybrany i w trakcie aktu tworzenia ewoluujący styl i konwencję. Artysta utożsamia się z procesem twórczym, jest mu oddany, podporządkowany jest skończeniu dzieła.

Skończone dzieło stanowi zamierzoną całość stworzoną przez świadomego artystę. Dzieło nie powie odbiorcy nic poza to, co artysta sobie zamierzył. W tym przypadku odbiorca ma do czynienia z określonym oddziaływaniem, które nigdy nie przekroczy granicy naznaczonej przez twórcę. Dzieło to jest proste w odbiorze i przemawia głównie do uczuć estetycznych.

Drugi rodzaj dzieła to dzieło wywodzące się ze sztuki symbolicznej. Dzieło takie nie daje odbiorcy przeżyć rozkoszy estetycznej i nie przemawia do jego potrzeby harmonijnych uczyć.

(...)


 Fragmenty z 6/2013 numeru "Trismegisty".

Poezja


Oscar Milosz

(Przełożył Krzysztof Andrzej Jeżewski)

 „W kraju dzieciństwa...”

 

W kraju dzieciństwa, co łza odnajduje,

W tym mieście, w którym serca obumarłe biją,

(Trzepot wzlotu się wznosi, kojący zgiełk skrzydeł,

To trzepot skrzydeł wielkich ptaków śmierci,

Plusk czarnych skrzydeł nad wodami śmierci).

W czasie przeszłym bez czasu, o chorym uroku

Drogie oczy żałoby po miłości palą się wciąż jeszcze

Łagodnym ogniem rudego minerału, o smutnym powabie,

W kraju dzieciństwa, co łza odnajduje...

– Lecz dzień siąpi na pustkę wszechrzeczy...

 

Skąd ten uśmiech nagły w tym świetle sędziwym,

Dlaczego, w jaki sposób rozpoznałaś mnie,

Dziwna dziewczyno o powiekach archanioła,

O śmiejących się, błękitniejących, wzdychających powiekach,

Bluszcz nocy letniej na księżycu kamieni;

Dlaczego, w jaki sposób, choć nigdy nie widziałaś

Mej twarzy, mej żałoby, ni nędzy dni

Moich, rozpoznałaś mnie nagle, niespodzianie,

Ciepła, muzyczna, mglista, blada, kochana,

Dla kogo ta śmierć w wielkiej nocy twych powiek?

– Lecz dzień siąpi na pustkę wszechrzeczy...

 

Jakie słowa, jakie muzyki straszliwie sędziwe

Drżą we mnie twoją obecnością bez rzeczywistości,

Ciemna gołąbko dni, daleka, ciepła, piękna,

Co to za muzyki odbrzmiewają we śnie?

Pod jakim listowiem prastarej samotności,

W jakim milczeniu, w jakiej melodii albo w jakim

Głosie chorego dziecka, odnaleźć cię, o piękna,

O dziewicza, o muzyko słyszana we śnie?

– Lecz dzień siąpi na pustkę wszechrzeczy... 

 

 Lea Pradziński       

* * *

      

Wysunąć się spod ręki jak piasek

przesypuje się popiół

z dłoni do dłoni ułożyć ziarno

wykoleić tę bryłę, co toczy nas

byłam na równi pochyłej

teraz cała jestem pochylona

nogi zbierają się na kształt obłoku

co tu było nie pozostanie wierszem

stanie się melodią bez dźwięku

dla tych, którzy giną bez przejścia

w inny świat bez treści

w tożsame sobie dwie skały

skałę możliwości i białej flagi

 

gdybym mogła być bez powrotu

zawróciłabym w pół drogi


Robert Skrzypek

„Moje napro- narodzenie„

Pulsowanie- jak obrót magnesu w prądnicy-
wytwarza szaleńczą energię,
która uruchamia moje widzenie,

moje myślenie,
moje odczuwanie,
moje miłości i moje nienawiści.

Powietrze zmiękło.
Ustąpiło napięcie z powietrza
jakby na zielony dywan, 
za chwilę miał spaść deszcz.

Wszechświat, który zobaczyłem
- urodził mnie.
Więc wreszcie jestem taki
jaki byłem zawsze.

 

Kathleen Raine (1908-2003)

(Przełożył Krzysztof Andrzej Jeżewski)

                          

„Ogień”


Wszystko poczyna się w ogniu i kończy się w ogniu.

Fontanny i chłodne źródła powracają w płomień.

A kiedy coraz bliższe jest słoneczne koło, rosa

Wznosi się ku kręgowi tęczy aż do jedynej bieli.

 

Wszystko, co poczyna się w mroku zapala

Żar pragnienia,

A z pragnienia wyradza się we wzrok,

Ten, co widzi i to, co widzialne, spopielają się w jednym rozblasku,

Kiedy skały topnieją w słońcu, a góry walą się

W owe płomienie, co dla spętanych są piekłem,

Ale dla wyzwolonych żywiołów, czystą rozkoszą.

 

Nasze ciało lęka się ogni, które trawią

Istotę naszą, tożsamość – ale w pomroce serca

Gromnica duszy płonie wciąż dla zaślubionego,

A w ukrytym elektronie wody

Żarzy się zapał płonięcia aż po ostatni dzień.

 

Sebastian Post

Okręty”

 

W mym wnętrzu okręty umarłych uczuć spoczywają,

bujane na falach, przez sztorm pokaleczone...

Kalekie maszty chore głowami zwisają,

chwytając w rozdarte płuca wiatry zakatarzone.

 

Z powiek ocierały płacze morskich żalów.

Samotnie zerkały na horyzont w oddali,

wiedząc, że nie ujrzą nadmorskich kurhanów,

gdzie w głębinach mroku bracia ich spoczywali.

 

W duszach ich bulgotał chłód obłąkany.

Szeptały żałością, by samobójstwu się oddać.

Wizerunek słaby przez chłostę roztrzaskany,

a jedyne czego pragną, to w męce skonać.

 

I odeszły do głębi okręty osamotnione,

zniszczone przez rozwrzeszczanego promienia -

a z nimi spłonęło me serce postrzępione,

przywalone masztami płonącego cierpienia.

 

06 VI 2004 r.

 

Mateusz Wabik

„Ocalony – wersja 2008”

Rankiem szturm światła. Desant promieni słonecznych
przedostaje się przez największy opór cienia. Zabiera nocy
jak co dzień jej czarne zagony rozpostarte nad dachami
bloków.

Wyłowiony ze snu mam już do czynienia ze światem
po nadrannych rokowaniach. Chodzę bezwładnie
pomiędzy ścianami, odkąd jej nie ma, często nie ma
dokąd pójść. Wodospad wódki jaką mógłbym wypić jawi się jak

rzeka, która nie ma dna. Mam 33 lata ocalałem
prowadzony do knajp.

 
Monika Łokaj

 „Z damskiego Tuwima, czyli - Gnido, Oberżo!”

 

<Zniżam się do twego poziomu słownictwa>

Co będziesz miał ze zgwałconej kobiety?

Jaką przyjemność?

 

On: Ona podskakuje z podniecenia. Dobry jestem.

Ona: Ona telepie się ze strachu. Skurwysyn, weźmie mnie!

To koniec…

Zblokował mnie.

Nie mogę się ruszyć.

Jest silniejszy…!

 

Rżnąć to możesz siano własnej łepetyny, zerżnąć swój małpi móżdżek, skosić obornik swego plugastwa i robactwa penisa, a nie ją!

Nawet zwierzęta czują, nie gwałć owiec.

Odejdź ze stada sam, nim będzie za późno.

Zostaw niewinnych, Bogu Ducha winnych. Nie tobie. Tyś nie człek, który rządu dusz może wymagać.

 

Gwałcisz kobiety,

Gwałcisz dzieci,

Sam byłeś dzieckiem

Człowiekiem kiedyś.

 

Długość penisa rządzi twoim bytem, jesteś maleńki w mych oczach, w oczach świata jeszcze mniejszy, w oczach tej kobiety, tego dziecka… jesteś NIKIM. Jesteś zmorą, sennym koszmarem, piwnicą wnętrza, ciemnymi zakamarkami umysłu. To mniej niż pył i proch. Nawet prochem się już nie staniesz, bo stałeś się robactwem żywych trupów. Zabiłeś w nich coś. W ten dzień, Dzień Kobiet i Dzień Dziecka, odebrałeś im część siebie, pożarłeś bez zapytania, zająknięcia. Podstępna żmija, która kąsa swym żądłem szerszenia uczulonych na jad.

 

- Odciąć mu jaja! Niech zostanie bez gniazda, skoro sra pod siebie.

- Odciąć!

- Odciąć!

- Odciąć, odciąć, odciąć jaja!

A Ty? Nieobecny, bo nie dotyczący.

Kogo zapraszasz do swego Domu?

Obudź się !!?             

 

Parszywe, kamuflujące się we włosach gnidy, też mogą się trafić. Niby przypadkiem…

 

Sławomir „Slav” Orzechowski

 „martwa pustka”


umarła istota w bólu

otępiona strachem przed drogą

w kierunku światła, tunelu światów,

z nadzieją na ulgę w cierpieniu życia,

szuka ścieżki w amoku wiary,

samotnie i w strachu, opętanie, szaleństwo,

pustka, martwa pustka, oszukani!!! martwa pustka!!!

 

Hubert Post

 „Cierpienia obłąkanej duszy”

 

 Nad stawem złocistym błąka się duch samotności

    kroczy po schodach tanzanitu nie widząc sumienia.

    Syreny osładzają jego mękę niewinnymi pieśniami

    W jego oczach widzę odeszły mrok wszechświata.

 

    Łzawisz mroczny mędrcu zapomnianych światów.

    Wody okrywają swą nagość bojąc się potępionego.

    Czary północy otulają cierpienia wichrów Aedusa

    w ich błonach drżą obłąkane galaktyki człowieka.

 

    Z ciała nienawiści magowie wydobywają pustkowia.

    Walą armaty w obolałą pierś księżyców odległych

    słyszę każdy szept płynący w błądzącej wyobraźni

    kryjący się za skałami klasztornych dolin milczenia.

   

 Milczysz otruty wszechmocą potężnych zwierciadeł

    krążących po rozlanym szlaku wygasłego kosmosu.

    Wchodzisz przez srebrne drzwi kościoła błyskawicy

    widząc cudowne organy grające duchom żebraczym.

 

    Na witrażach czarodziejskiej twierdzy oczy łkające

    przebijające piorunem rozkosze ogrodu twej duszy.

    Podążasz stroskany uwiedziony wzrokiem planet.

    Gubię twój strach w wyżynach cierpiącego chaosu.

   
  Andrzej Czarski

„Słowami”

 

Swoimi słowami

wyprzedzam własne myśli -

zabijam ludzi krzykiem!

 

Nie dbam czy lubią mnie przez to

czy nienawidzą -

tworzę mój własny historyczny schemat!

 

Krzysztof Andrzej Jeżewski

 Dwa Apokryfy Jorge Luisa Borgesa

 „Piłsudski”

 

Widzę ciebie wciąż jeszcze na równinie Polan,

Otwartej, nieobronnej jako piersi Boże,

Gdzie duch jedynym szańcem, którego nie zmoże

Choćby najbardziej dzika, najczarniejsza wola.

Jak kapłan Perkunasa niesiesz ogień święty

Dla garstki pobratymców, co Hydrę zwyciężą.

Jakiż Goliat się oprze takowym orężom:

Orsza, Kircholm i Chocim, Kłuszyn i Obertyn.

 

W tobie droga się iści, choć bez gwiazd na niebie,

Nic ci nie umknie, choćby i odwrotność siebie.

Tobie oddał Rujewit wzrok swych siedmiu twarzy.

 

Stąpasz wsłuchany w jakiś rytm podziemny

I zawładnąłeś czasem jak pan niepodzielny:

Ty do tej samej rzeki wstąpiłeś dwa razy.

 

Krzysztof T. Dąbrowski

 
„Boski porządek” 

Potrąciła mnie ciężarówka. Śmierć na miejscu.

Ciało groteskowo powyginane, krew.

Mi to wszystko serdecznie obojętne, to już nie ja.

Ja unosząc się, byłem ponad tym wszystkim.

Uwolniony z cielesnej skorupy, radosny i wolny

Pędziłem ku górze coraz szybciej. Wleciałem w tunel.

Na jego końcu było oślepiające światło. Poleciałem tam.

Nie byłem w stanie zawrócić, to światło wręcz zasysało.

Wyhamowałem dopiero gdy w nie wleciałem.

Po chwili doszedłem do siebie i zdjęła mnie groza.

Byłem w przeźroczystym worze gigantycznego odkurzacza.

Razem ze mną, jak drobiny kurzu, miliardy uwięzionych dusz

Odkurzającym była nieskończenie wielka świetlista istota.

Nie ma to jak boski porządek!

 
Opowiadania


Iwona Urbańczyk

 „Nauczyciel”

Pokazał nam trochę inną stronę ludzkiej natury. Trochę inaczej patrzył na nas niż inni, oczami wypełnionymi nami, nie naszymi brakami, ale Nami. Coś podszeptywało z nieznanego dotąd miejsca w naszej głowie, że jemu możemy zaufać. Właśnie jemu, nikomu innemu. Pełen był natchnienia, prawdziwego, autentycznego zachwytu życiem, witalnością, mocą człowieka. To udzielało się wszystkim, wszyscyśmy pragnęli zatknąć sporne miejsca w duszy takim spoiwem, które łagodziło niepokój, pozwalając walczyć z wrogim nastawieniem, z obezwładniającą mocą zaprzeczania jedynym ideom, jakie były rzeczywiście coś warte. On potrafił pokazać nam jak to zrobić. Chciał byśmy podążyli jedynym słusznym szlakiem – szlakiem wiary, w siebie, w swoje siły, rozwój, świadomość kierowania własnym losem. Powiedział kiedyś: „Nie bójcie się strachu, on też stanowi o waszym człowieczeństwie. Jedyne co prawdziwe i słuszne, to nie ulegać mu, pamiętając przy tym, że bez niego bylibyśmy zaledwie mechanicznymi wytworami determinizmu, jaki natura wykazuje, tak samo jak my, działając na swoja niekorzyść.”

A więc akceptowaliśmy wszystko, co się z nami działo. Poznawaliśmy siebie, rozmawiając o wszystkich zmianach, jakie u siebie dostrzegliśmy. Były pierwsze odkrycia i duma, z myśli, że dorastamy, że widzimy, czujemy coraz więcej. Była cicha, acz namiętna wspólnota wszelkich porywów, które zagościły w naszych duszach, odkąd on pojawił się między nami. Nie było za to wątpliwości, tego czegoś, co mogłoby nas uratować na czas. Tego jednego nie było.

(...)

 Krzysztof T. Dąbrowski

 „Pozory mylą”

                                                                                              1

Pozory mylą. Któż by przypuszczał, że ten sympatyczny starszy pan, który mógłby być twoim dziadkiem, gwałcił nocami swoją kilkuletnią wnuczkę. Albo milutki grubasek, z którego wszyscy się śmieją - skopał wczoraj do nieprzytomności kolegę, a potem rozłupał mu czaszkę kamieniem. Czy uwierzylibyście w to, że w ogródku pewnej miłej staruszki pogrzebanych jest kilkunastu mężczyzn? Osobiście zadźgała ich nożem. Pozory mylą...                                                    

 

                                                                                               2

Ewa poczuła pulsujący w skroniach tępy ból, jak zapowiedź koszmarnego kaca. Dokuczała jej suchość w ustach i dziwne odrętwienie rąk. W głowie kiełkowało nieprzyjemne poczucie tego, że nie pamięta, co się z nią działo i gdzie się ocknęła.

Czy ja się upiłam? - zadziwiła ją ta myśl, bo przecież ostatnim razem przeholowała z alkoholem ładnych kilka lat temu - jeszcze na studiach. Poza tym nigdy nie lubiła tego stanu; uważała, że jest w nim coś upadlającego; niegodnego człowieka.

Wszystko jednak wskazywało na to, że się jednak lekko „upodliła”.

Świetnie, świetnie, świetnie, po prostu CUDOWNIE!

Dręczyło ją dziwne wrażenie, że coś jest nie tak, miała uczucie jakby stała, a nie leżała. Zmusiła się do otworzenia oczu. Znajdowała się w dosyć specyficznym pomieszczeniu...

Nagły przypływ lęku przeszył serce lodowatym ukłuciem, jakby ktoś wbił w nie sopel lodu.

Gdzie ja jestem?! Co to za miejsce?

Liche, mdłe światło żarówki, smętnie zwisającej na rachitycznym kabelku, oświetlało  betonową  podłogę  w promieniu kilku metrów, a dalej była tylko... 

...c i e m n o ś ć.

GDZIE JA JESTEM?!

Panika zaczęła wgryzać się w jej ciało ostrymi ząbkami. Ewa szarpnęła się gwałtownie, lecz nie mogła wykonać żadnego ruchu, poczuła tylko potworny ból między łopatkami. Ból, który falą skurczów promieniował w dół, do ramion. Ramion, którymi...

...nie mogła w żaden sposób poruszyć.

Poczuła za to, że są mocno wygięte i coś oplatają. A to coś znajdowało się za jej plecami.

KTOŚ MNIE ZWIĄZAŁ!

Ta myśl była jak silne uderzenie w twarz.

Zaczęła szaleńczo machać głową. Usiłowała dojrzeć, co się za nią znajduje. Bezskutecznie. Próbowała krzyczeć, lecz strach ściskał gardło - wydobyła z siebie tylko zduszony skrzek.

A może to tylko sen, koszmar, z którego się za chwilę z krzykiem obudzę?

Nie niemożliwe. Gdyby tak było, już by się budziła; samo uświadomienie sobie faktu, że to tylko sen spowodowałby powrót do rzeczywistości.

TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ!

(...)

 

Mateusz Wabik

 „1997 - Wehikuł śmierci”

 

Piękna Małgorzata postanowiła razem z Mateuszem zbudować wehikuł do przemieszczania się w czasie. Miała poczucie ogromnej wyrwy w sercu i duszy, spowodowanej przez nieudane małżeństwo. „Po co ona w to zabrnęła?” – sama siebie pytała często. Czuła się jakby ją ktoś porwał na kilkanaście lat i zamknął w domu. Spełniała obowiązki, nakazy, dbała o dom, wszystko było doskonałe, oprócz uczuć, oprócz emocji, które powinny jednoczyć dwoje osób. Była przez tyle lat rozdarta, gdyż żyła tak jak nie chciała, a do tego czas upływał nieubłaganie. Mąż przestał się nią interesować, gdyż bardziej od niej lubił alkohol. Nocami słuchał płyty Dżemu z kawałkiem „Whisky moja żono”, pił i zażywał leki. Nie wiadomo czemu piękna, zmysłowa i powabna Małgorzata przestała go interesować. Urodziła mu dziecko, a kobieta zazwyczaj po urodzeniu dziecka potrzebuje więcej zrozumienia, ale także seksu, który staje się czymś w rodzaju wyznania uczuć. Bo przecież kobieta to w dużej mierze ciało. Obiekt uwielbienia mężczyzny. To jej wdzięk, gracja i uroda rozkwitają dla niego. To jej sposób poruszania się, gesty, mimika twarzy są pismem, które trzeba odczytać. Małgorzata poruszała się z gracją, tańczyła na scenie życia swój taniec wyrażający poszukiwanie idealnego faceta. Lubiła sztukę i literaturę, które przynosiły jej natchnienie do upiększania życia, czynienia zmian. Tworzyła na żywo, nie potrzebowała płótna, farb, klisz, instrumentów. Życie było materią, którą chciała uformować, które formowała, narzucała reguły. Była kimś w rodzaju reżyserki, a zarazem aktorki dramatów, horrorów, filmów kryminalnych, ale także umiała się wcielać w role wysokie. Miała smak i gust odziedziczone po zmarłym ojcu. Mateusz – jej dobry kumpel, majstrował przy maszynach do przenoszenia się w czasie. Postanowili razem wybudować coś co przeniesie ich 13 lat wstecz. Ona wyszła za mąż w tym samym czasie, kiedy jego związek z A. zaczął przypominać ruinę, gdzie straszą upiory. Mateusz i Małgorzata spotkali się nad Wisłą. I przy pomocy najrozmaitszych rzeczy – blach, śrub, ekranów wykręconych z telewizorów, desek ze stołów, chcieli się cofnąć o te kilkanaście lat wstecz. Tzn. on ja bardzo kochał, a ona w ogóle, ale przestał to roztrząsać, czy wspominać tembr jej głosu, kiedy powiedziała „jesteś moim najlepszym kumplem” i zastanawiać się czy ten tembr jej głosu wyrażał coś więcej niż usłyszał, czy gest na przywitanie był czymś więcej niż tylko przywitaniem.

(...)

 Jacek Rębacz

 „Lilith”

 

Karol powoli wynurzył się z kompletnego niebytu. Rozejrzał się oszołomiony. Znajdował się w jakimś domu. Dobre chociaż to. Z całą pewnością lepsze niż ławka w parku, albo tylne siedzenia radiowozu, a i to mu się zdarzało.

Pokój był obszerny i wysoki. W półmroku spostrzegł wzorzyste tapety na ścianach, wysokie okna przysłonięte ciężkimi, fantazyjnie udrapowanymi kotarami i misterne sztukaterie wokół wielkiego kryształowego żyrandola. Pomieszczenie było trochę przeładowane finezyjnymi, stylowymi meblami. W ich otoczeniu zdecydowanym dysonansem była skórzana kanapa, na której siedział, ale właśnie jej widok upewnił go, że jest u siebie. Wolałby tu wstawić jakiś subtelny, rokokowy szezlong, ale na czymś takim nie dawało się ani wygodnie siedzieć, ani uciąć drzemki. Wynajmował to mieszkanie w odrestaurowanej, secesyjnej kamienicy i urządził według własnego, dość dziwacznego gustu. Kosztowało go to krocie, ale ostatecznie pieniądze były po to, by je wydawać. Obok kanapy stała piękna lampa z witrażowym abażurem. Prawdziwy Tiffany. Ze ścian zerkały pulchne odaliski Bouchera i bajecznie kolorowi uczestnicy „fete galante” Lancreta. Były to kopie, albo profesjonalne reprodukcje, oryginały zdecydowanie przekraczały możliwości jego konta. Mimo to prezentowały się doskonale.

Wszystko więc było na miejscu. No, może nie do końca.

Na pewno nie przypominał sobie stałej obecności w tym wnętrzu pięknej dziewczyny. Wpatrywała się w niego niepokojąco zielonymi oczami. Oblizał spierzchnięte wargi. Tak. Coś sobie przypominał. Chyba ciut za dużo było tequili. Może nawet więcej niż ciut. Kojarzył jej twarz, choć nie pamiętał, by wychodzili razem z przyjęcia. Jak ona miała na imię? Julia? Lidia? Nie było to szczególnie ważne w tej chwili. Przytargała go, czy zadziałał niezawodny instynkt samozachowawczy?

(...)

 Kamil Czepiel

 „Dwójułomni”

 

Historia, którą opowiem, jest podobno historią prawdziwą. Legenda o dwójułomnych pozostaje żywa w mej rodzinie od pokoleń i mimo że pielęgnowana, nieco już się zatarła w naszej pomięci. Jedni twierdzą, że przodek nasz uważany za dwójułomnego zmarł na początku czternastego wieku, inni idą w zaparte, iż przyszedł on na świat podczas przelotu komety Halleya w 1835 roku. Stryj Władek natomiast wciąż, z godnym podziwu uporem, przekonuje wszystkich, że to kompletne bzdury! Przodek ów, jeśli wierzyć stryjowi, miał w dzieciństwie być świadkiem Pasji Chrystusa. O wersji kuzynki Eleonory aż boję się wspominać... Niestety, tak wielka rozbieżność stwarza wiele niejasności oraz budzi wątpliwości, co nie ułatwia mi zadania, zapewniam jednak, że swoją historię postaram się opowiedzieć najdokładniej jak tylko będzie to w mojej mocy. Ze względów wiadomych zaniecham podawania wszelkich dat i nazw miejscowości, a podane przeze mnie w opowieści nazwiska będą wytworem mej fantazji. Wyjątek będzie stanowić nazwisko mego przodka – Hieronim Łazarz – bo ten element jest bodaj jedynym pewnikiem w całej tej misternej konstrukcji naszej pamięci.

Zastanawiacie się zapewne kim są ci, jak zwą ich legendy, dwójułomni? Odpowiedź jest dość skomplikowana toteż proszę wszystkich, którzy by spotkali się z tym tekstem, o chwilę skupienia i nieco cierpliwości. Na początek trzeba by sięgnąć do pism Starego Testamentu. W Księdze Rodzaju spotykamy się ze wzmianką o tak zwanych Nefilim, gigantach spłodzonych przez aniołów, a powitych ze śmiertelnych kobiet. To właśnie oni byli grzechem, który miał zmyć biblijny potop. Tak, Nefilim. Istoty te nie miały prawa stąpać po Ziemi, co zresztą dla nich samych było bez znaczenia, gdyż nie respektowali żadnych praw. Ludzkich, boskich, czy choćby własnych – po prostu byli głodni. Krótko mówiąc rodzili się by pożerać, a przy tym siać rozpacz, podlewać krwią własnych matek i żąć śmierć. Nefilim byli jednoułomni. Los poskąpił im rozumu i emocji wyposażając jedynie w podstawowe, pierwotne instynkty. To była ich ułomność – brak intelektu. Aby jednak równowaga tych istnień była zbilansowana, ich bezdenna – nazwijmy to trywialnie – głupota była kompensowana sferą cielesną. Wzrostem, sprawnością fizyczną, szybkością, siłą, słowem wszystkim, co ułatwiało im tępienie gatunku ludzkiego. „Zaraz, zaraz”, zapytacie, „co pan bredzisz? Mamy wierzyć w bzdury o jakichś bilansach, w jakieś naiwne, niczym nie poparte teorie?”. A ja wam odpowiem: Nie musicie mi wierzyć, nie macie obowiązku mnie nawet słuchać. Szczerze mówiąc niespecjalnie mnie obchodzi czy będziecie skoro już na tym etapie nachodzą was podobne myśli. A przekazuje informacje, które pradziad, potem dziad – doktór, jak go powszechnie nazywano w miasteczku – przez ojca mego, świętej pamięci, mi powierzyli, a które ja jako kształcony i pełen wiary człowiek także sprawdzałem niejednokrotnie i oceniłem według własnego rozsądku, zdobytej wiedzy i podszeptu serca. Dlatego proszę, by wszyscy prześmiewcy, oponenci i inni krytycy, którzy będziecie mieli nieszczęście czytać ów tekst, czym prędzej wrzucili go w ogień i ani śmieli wdychać dymu z płonącego papieru. Przepraszam wszystkich zainteresowanych moją historią za tę dygresję, ale trzeba to jasno powiedzieć – słowa, które czytacie z całą pewnością nie są zgodne ani z religią, w której zostaliście wychowani (bo nie są pisane w zgodzie z żadną świętą księgą, chyba że we fragmentach), ani z większością teorii wolnomyślicielskich, choćby i tęgich, głów. Teraz gdyśmy sobie wyjaśnili ważne sprawy, czas powrócić do tego, com zaczął. Jak mówiłem Nafilim byli jednoułomni w odróżnieniu od człowieka, który choć bywa głupszy, mądrzejszy, czasem geniuszem, a nieraz i skończonym idiotą, i chociaż jego cielesność może różnić się skrajnie od każdego innego, to jednak jest w pełni funkcjonalnym bytem bez żadnych ubytków. Owszem zdarza się, że niektórym czegoś braknie, na przykład wzroku albo pomiesza im się rozum. W takich przypadkach z reguły zostaje im to kompensowane w tej samej sferze, jedynie na innej płaszczyźnie. Ślepcom w innych zmysłach, a upośledzenia umysłowe – któż nie słyszał o Sawantach, genialnych dzieciach, których to geniusz ma bardzo wąskie „spektrum występowania” – jak mawiają biolodzy. Z drugiej strony utrata załóżmy nogi rozwija inne partie mięśni (chociażby ramion). Wydaje się to naturalną koleją rzeczy. Niczym niezwykłym. Bo i w istocie tak było od zawsze, ale nie zawsze. Czasem bowiem rodzą się ludzie o dwóch ułomnościach: i cielesnej, i umysłowej. U zwykłego człowieka zazwyczaj nie stwarza to najdrobniejszego problemu, równowaga sfer zostaje bilansowana w naturalny sposób. Raz na setki lat pojawia się jednak dziecko niezwykłe, u którego kompensacja przebiega w zgoła inny, niesamowity sposób.

(...)

 Robert Skrzypek

 „Między bramą a Bachusem”

Wstając dziś rano, jak co dzień, niezmiennie od dwóch tygodni, na silnym kacu, którego woda z kranu nie ugasi, pomyślałem, że chcę się wreszcie zakochać. Zakochać tak jak zakochują się ludzie, którzy umieją kochać, ja mam wrażenie, że pozbyłem się tej umiejętności parę lat temu, jak Eliza powiedziała żebym wyszedł z jej mieszkania, a ja wyszedłem, odwracając się na pięcie. Zbiegłem ze schodów, właściwie to się z nich stoczyłem pijany, ale próbowałem utrzymać równowagę, więc, niech będzie, że zbiegłem.

Potem zadzwoniła jeszcze parę razy, że powinienem wrócić, przeprosić, kupić kwiaty, bombonierkę, jakąś tandetną broszkę, łańcuszek, albo bransoletkę, ale ilekroć chciałem wyjść i kupić, zawsze kupowałem wódkę. Nie chciało mi się patrzeć w jej wielkie ufne oczy, pełne usta, i się tłumaczyć głupio, że to nie ja, że to wódka przeze mnie mówiła. Od tamtej chwili, od tamtych dni, widziałem Elizę parę razy z przystojnym, zadbanym, młodym mężczyzną, z pełnym uzębieniem i dbającym o świeży wygląd twarzy, podczas gdy moja była już zaorana przez pług starości i alkoholowych libacji. Kochałem ją kiedyś i myślę, że mógłbym nawet z nią sobie życie ułożyć, ale uciekłem w pewnym momencie. Moja matka mówiła jeszcze, jak biedaczka żyła, że umiem tylko uciekać, spierdalać jak myszy, szczury po kuchennej, drewnianej podłodze, że żadna kobieta ze mną nie wytrzyma, i że wyląduję w rynsztoku jak mój ojciec. Jestem już prawie na miejscu.

(...)

 Krystian Kajewski

 „V jak Boris Vian”

Ale Boris Vian, nade wszystko ten łotr, którego książkę dałaś mi w prezencie na 22 urodziny, który kojarzył mi się z Francois Villonem przez tę fonetyczną zbieżność, i którego wychwalałaś na równi z Toporem i Ginsbergiem 12 lat temu, kiedy byłaś we mnie zakochana i pisałaś dla mnie long poems, kiedy leżeliśmy wtuleni w siebie w malinowym chruśniaku, pijani piosenką francuską, francuskim winem i francuską miłością, Minetko. Talita, taszczyłaś ze sobą te wszystkie tomy historii literatury, filmu i sztuk plastycznych, potem siadałaś na krużganku, zapalałaś papierosa, miałaś wtedy tę zabawną popielniczkę - pszczołę i pokój pełen luster, kiedy do Ciebie przychodziłem, czytałaś mi na głos teksty Viana, mówiłaś, że był taki jak ja, a ja nie wiedziałem, że chcesz mi przez to powiedzieć, chodź ze mną do łóżka, byłem wtedy niewinny jak przed rzezią, pamiętam, że paliliśmy wagony fajek i piliśmy kawę, a potem wino. Trzcinowy fotel, w którym siedziałaś słuchając je suis snobe Viana, tak, uwielbialiśmy pozować na artystów, chodzić na te zasrane wieczorki poetyckie, upijać się tą młodością jak Vian, jak Rimbaud i tylu innych, a Ty uwielbiałaś bawić się w proroka, mówiłaś o tych wszystkich poetach, którzy pojawiali się jak insekty, wyrokowałaś, myślę, że mogłabyś ich zakasować, ale Tobie sprawiało przyjemność droczenie się z tą trzodą, pisałaś o nich do rozmaitych czasopism, jak Gertruda Stein albo Sontag. Co było takiego w Vianie, że oszalałaś na jego punkcie, że kazałaś mi go czytać, a wiedziałaś, że nie znoszę tego rodzaju przymusów, książka Viana stała na mojej półce dumnie i emanowała elan vital, patrzyłem na nią, próbowałem nie zwracać na nią uwagi, ale pewnego dnia...

- Horacio, otwórz tę książkę, przeczytaj pierwsze zdanie- powiedziałaś.

- Hm - zastanowiłem się chwilę i podszedłem do półeczki bibliotecznej, i otworzyłem tomik Borisa Viana, odczytałem: Je bois, Piję- na głos.

- Nie wiem, czy wiesz, co chcę Ci powiedzieć – powiedziałaś - patrz tutaj.

- Raczej.

- Musiało Cię to boleć - przesunęłaś dłonią po mojej bliźnie na plecach.

- Och, to nic takiego. Lezałem na leśnej polanie i skaleczyłem się szkłem, które ktoś tam pozostawił - Twoja dłoń posuwała się ruchem jednostajnym.

- Mam ochotę. Trudno mi o tym mówić, więc nic już nie będę mówić - Twoja dłoń przyspieszyła, a mnie przeszedł dreszcz, pocałowałaś mnie wpychając mi język w usta, zamknąłem oczy, usłyszałem krople deszczu dudniące.

Traveler.

Słyszał, co mówiliśmy, czuł, że się do siebie mizdrzymy, był zazdrosny o Talitę, teraz stał w deszczu, widzieliśmy go oboje przez okno. Talita nie przejęła się tym, podeszła tylko i zasłoniła okno, teraz tylko światło, zgasiła je, poczułem jej zmasowane pocałunki, rzuciła się na mnie niemalże.

- Najpierw powiem Ci czemu uważam, że Ty i Vian jesteście do siebie podobni - po wszystkim leżeliśmy na materacu i paliliśmy papierosy - masz w sobie jego nieznośną bezczelność połączoną z elegancją erotyczną. Hoarcio, wiem, że nie traktujesz mnie poważnie, i to mnie w Tobie podnieca, jesteś mężczyzną, który opuszcza, nienawidzę mięczaków.

- Więc…

- To nie tak jak myślisz, nie jestem z nikim, mężczyźni są mi po prostu potrzebni, nie mogłabym się bez was obejść, ale nie traktuję tego wszystkiego poważnie, nie mogłabym, jesteście takimi symulakrami Baudrillarda.

- Ani mi się to co mówisz nie podoba, ani się z tym nie zgadzam, zaraz, zaraz...

- Ale ty jesteś mój Neo, przynajmniej tak mi się wydaje w tym matriksie, kiedy cię zobaczyłam po raz pierwszy, wiedziałam, coś mi w sercu tąpnęło, wiedziałam, że powinieneś przeczytać Viana, że jesteś z nim związany, że przez te wszystkie wieki szukałam właśnie Ciebie, a teraz jesteś. Powiedział mi o tym pewien Indianin, powiedział mi, że w grudniu po południu za 12 lat nastąpi koniec tego świata, który jest kopią bez oryginalności, zupełnie bez wyrazu, czy wiesz, co to oznacza, Kochanie?

Traveler nadal stał na zewnątrz, byłem tego pewien, byłem pewien, że jest na mnie wściekły, Talita przylgnęła do mnie mackami ośmiornicy, Boris Vian śpiewał On n’est pas la pour se faire engueuler, skończył śpiewać, śmiech. Usiadła na materacu, żeby nie powiedzieć, na mnie, włączyła film Rogera Vadima z Borisem Vianem: Les Liasons Dangerouses, w oryginale, oddychaliśmy, omni mane padme hum, deszcze niespokojne. Na materacu leżeliśmy przytuleni do siebie, wciśnięci w siebie, było chłodno jak w malinowym chruśniaku, Talita tańczyła trochę. Powiedziała mi, ze kocha Szatana, powiedziała mi, że Boris Vian, że Tymon Tymański, nawet Mateusz Wabik są sługami Szatana, że Neragl kłamie, że Szatan jest jednocześnie sztampowy i wybitny, jestem Jego kochanką od miliardów lat, nikt tak dobrze nie jebie jak Szatan, powiedziała: kurwa , raniąc się w kostkę, z jej kolana popłynęła hemoglobina, czerwone wino, które pulsowało nam w żyłach, ten nastrój podniecenia przed tym co nieuchronne, powiedziała, że jestem szalony, ja no to, nie jesteś aniołem, na szpilce pojawił się Legion insektów, próbowaliśmy tej nocy się pieprzyć, ale bardziej chcieliśmy chyba rozmawiać, chcieliśmy tej nocy rozwalić tę marną budowlę, która wydawała się altaną, ten malinowy chruśniak, zasnęliśmy wtuleni w siebie jakby nigdy nic.

( … ) uprosiła powierzenie mu rządów jednej z wielu wysp, jakie posiada. Mamy wiadomości, że rządzi on jak raróg, z czego bardzo jestem zadowolona, a książę, mój pan, również; liczne dzięki składam niebu, że nie pomyliłam się w wyborze wielkorządcy, bowiem chcę, aby pani Teresa wiedziała, że nie jest łatwo znaleźć dobrego wielkorządcę na świecie, a niech Bóg mi tyle dobra wyświadczy, jak dobrze Sanczo rządzi.

Tu posyłam Jej, droga moja, naszyjnik koralowy ze złotymi kolcami; byłabym ( … )

- Rzeczywiście - przytaknąłem Jej, obudziliśmy się i było nam zimno bardzo.

- Bo to jest tak jak wtedy, kiedy widzisz ogień, boisz się podejść, ale wyciągasz dłoń i kontrolując jej odległość od płomienia ogrzewasz się, tak naprawdę jesteśmy istotami bez ciała, nasze ciała to są tylko coraz bardziej niemodna konfekcja, wymieniamy je jak spostrzeżenia, pojmujesz?

- Tego - zamyśliłem się - nie za bardzo łapię, czyli że co? Byłem żmiją, żartujesz? A Jezus Chrystus, który szybował jak ptak? Czy jego nerki były ze stali nierdzewnej? Ta poezja, która wyzwala lotników? Trotyl?

Talita nic mi nie odpowiedziała, przylgnęła do mnie swoimi mackami, uśmiechnęła się, wiedziała, że nie mogę i nie chę tego pojmować, traktowała mnie jak głupsze stworzenie po prostu, wiedziała i dawała mi do zrozumienia, że brodzę po kolana w gównie, że lata świetlne dzielą jej doświadczenie od mojej ignorancji, że pokazanie mi kompostu i nazywanie go boskim śladem może mnie najwyżej rozbawić, odłożyła książeczkę Borisa Viana na półkę, zaplotła włosy i ani się obejrzałem jak zniknęła, i nigdy jej już nie miałem zobaczyć, straciłem ją wtedy raz na zawsze.

(...)

 Sebastian Post

 „Sztuka”

Och sztuko, tyś królową mojego przeznaczenia, gdy w diamencie promieni niesiesz mnie na skrzydłach mroku, odkrywając najciemniejsze zakamarki duszy - staję się księciem własnego serca, broczącego brylantowymi stróżkami krwi.

Zmierzch rzuca się na ciało jak szarańcza, drapiąc i chłostając, tworząc pustki w człowieczym wnętrzu, porzucając w samotności opętane ciało spijające ostatnie jęki osuszanego powietrza .

Mam ciebie, sztuko wieczna, gdy razem otwieramy skrzypiące wrota średniowiecznego kościoła. Zostaniemy i pomodlimy się do półkrwawych całunów. Może spotkamy upiory klęczące w pozłacanych habitach przy pustych konfesjonałach, wpychające w swe stare dusze pokutę.

W rogu śpi na perłowym sarkofagu gwiazda polarna, która prowadziła mnie jako dziecko przez lasy ciemnistego wszechświata, a teraz nie ma kto jej zanucić pieśni żałobnych. Leży samotna wśród brązowych panteonów z uschniętymi fiołkami we włosach, a ja nie mam odwagi, by przytulić skostniałe ciało do piersi.

Podczas wieczoru, słuchając skrzypcowych melodii granych przez mary nocne, myślę o tobie; wyobrażam sobie ciebie jak okrywasz się tuberozowym wiankiem, plecionym w delikatnych dłoniach przez ślepe dziewczyny. Pragnąłbym uchwycić twą poświatę i prowadzić długą litanię trwającą do końca życia. Dzięki szeptom, którymi koronujesz mą duszę, biorę do ręki pióro i piszę hymn tak przepiękny, iż łzy z brylantowej poświaty niczym wosk płoną księżycowym szlochem.

Wiem, że nadejdzie dzień, w którym potępisz moje czyny, wrzucając mnie do pustego salonu, przesiąkniętego aromatem śmierci, gdzie żadna myśl nie zdoła tworzyć. Ściany będą tak twarde, że meteoryt ich nie przebije i żadne światło tam nie dotrze; drzwi skamienieją, a z sufitu szydzić będzie cień Beliala.

(...)

 Arkadiusz Frania

 „W domu migrena”

Przychodzi Agatka z pracy i od progu mówi, właściwie z korytarza, żebym o nic nie pytał, niczego nie gadał, że zaraz się czym prędzej położy, ponieważ ma migrenę. I dzisiaj ogłasza święto lasu, czyli za żadne skarby się nie myje, wczoraj się myła, dzisiaj mało się ruszała, bo ten ból głowy, więc się nie za bardzo ubrudziła, toteż jest czysta i mycie zbędne.

Oho, aha. Migrena jest przypadłością kobiet, stawiającą czynności domowe w innej perspektywie akustycznej. Wśród hałasów, zgiełków, szumu informacji, trąbienia reklam, umykają słowa i dźwięki, które są nośnikiem prawdy o życiu. Gdy jest cicho, to właściwie nie jest cicho, choć kiedyś myślałem, że natężenie głośności w okresie migrenowym może być słyszalne tylko dla delfinów i jeży, i zwierząt posiadających zmysł ucha środkowego, dodatkowy narząd-mikrofon zainstalowany pod językiem albo bez ekstrawagancji na środku głowy, w połowie odcinka między lewym a prawym uchem.

W codzienności połykamy papkę kakofoniczną, część beznamiętnie trawimy, większości nie przyswajamy, jak celulozy, nylonowej siatki. A harmonijne tony i nuty płyną ze ścian, z kaloryferów, zza szyb i ze mnie, z kości i włókien, z organów. Chlupie woda w kolanie, żółć w woreczku. Zastyga amalgamat w zębie. Wstrzymuję oddech i roznosi się burczenie w żołądku. Łyk stygnącej herbaty (ciemna, aż czarna, przemoczona, prawie jak w prozie Jacka Durskiego), czuję i słyszę płynącą po gardle strużkę. Bulgotanie w pęcherzykach powietrza, którego się nałykałem jak głupi przy piciu. Nawet nie przypuszczałem, że istnieją pojedyncze dźwięki, poświsty wydzielone, osobne. Spóźniona kropla z sitka kranu urywa się samotnie, pluska do wanny i wystawia na schnięcie. Żywioł podzielił się na odszczepieńców i zespoły. Dopiero później ciecze również w rurach. Rozlewa się ogrzewanie. Dudni, piszczy, stuka. Rury opalają nerki i żeberka na zimne noce.

Potencjometry wydających głos sprzętów zostały obniżone. Włącza się lodówka. Guziki w klawiaturze naciskam chyłkiem, na paluszkach, opuszkami. Znowu osiągnęliśmy taki poziom cichości, że każde szurnięcie to grzmot, wrzask wyrywający nas ze zmowy milczenia, hibernacji fal, brzmień. Oszczędzamy na gestach, przecież podniesienie ręki czy nogi, nawet kiwnięcie nieświadome głowy to wypowiedź powietrza, wibracje, drgania. Tak bym postrzelał dla wiwatu kostkami u palców, pociągnął siarczyście nosem, zrobił „buch” ustami.

Niedyspozycja Agatki trwa trzy dni, więc tym razem piątek, sobotę i niedzielę. Gdy dopadnie ją dolegliwość, poleguje, pokłada się, ale nie pozwala wyłączyć telewizora, ściszony gra samym obrazem. Muszą być jakieś oznaki życia w pokoju, inaczej, mówi Agatka, zostaje mi przynieść jej gromnicę i wetknąć w pierś. W odstawkę idzie na razie „na zawsze” wódka i czekolada, nie przełknie dziewczyna sucharka, wodę ze szklanki pije ostrożnie, nie stukając zębem o szkło. Każdy najmniejszy szept, szelest, powiew, chrypnięcie wywołuje reakcję „cicho tam”. Na prośbę Agatki i dla spokoju serca naoliwiłem wszystkie zawiasy, te skrzypiące i chodzące jak żyleta, bo ponoć też charczały. Kilka nonszalanckich maczań wacika higienicznego w oleju słonecznikowym, potem patyczek na zawiasy. I drzwi same się otwierają, gdyby nie futryna i dywanik, byłyby obrotowe. Chodzenie na paluszkach staje się skradaniem, jakby sumienia ciążyły od orzechów grzeszków i orzeszków grzechów.

(...)

 Dramat

 Monika Woldańska

 „/O poszukiwaniu…/”

 Pani X – w średnim wieku, doktor nauk humanistycznych, prywatnie: kolekcjonerka cygar, jej motto: zmienia się w zależności od jej samopoczucia.

 Pan Y – w średnim wieku, doktor nauk humanistycznych, prywatnie: nałogowy palacz cygar, jego motto: Nihil esse.

 Wtryniacz – ni bożek, ni chochlik, ni eteryczny byt, mający jednak wszelkie podstawy do wydawania ważnych pytań i kwestii.

 Ciotka pani X – o świecie wie bardzo mało, tyle co świat o niej samej.

 rzecz tyczy się pierwszej konferencji dotyczącej filozofii i wszystkiego co z nią związane. mają pojawić się także pytania o kondycję współczesnego człowieka, o jego stosunek (i stosunki) do sztuki oraz pytanie, jak bardzo materia nim rządzi. tak w skrócie. uczestnikami są najlepsi przedstawiciele swoich gatunków, mówiący wielogłosem: pani X, ubrana w czarną sukienkę z niedużym dekoltem (bo wypada), na ramiączkach (bo gorąco), bez rajstop (bo oczko poleciało) oraz pan Y ubrany w czarny garnitur (bo wypada), bez krawata (bo gorąco), rajstop nie nosi. sala konferencyjna, długi stół, wygodne krzesła, oni naprzeciwko siebie, pośrodku misa owoców. gdzieniegdzie zainteresowani, czyli: prywatni dziennikarze, jeden fotograf oraz ciotka pani X, którą od lat nurtuje ważna kwestia: otóż, czym się różni uprawianie filozofii od uprawiania seksu?

 Pan Y:

Żyjemy nadal! Żyjemy, bo nadal mało wiemy...

 Pani X:

Uprzejmie proszę o konstruktywne eee... zawiesza się na moment, Pan Y bacznie się jej przygląda. makijaż ma staranny, podkreślający jej kocie oczy. blondynka z prawdziwego zdarzenia, oczęta niebieściuchne, figura niczego sobie. Proszę o obiektywizm! Moim szczerym zamiarem jest dotarcie do głębin Prawdy. Do głębin! Do głębin!

 Pan Y:

Pani, wyglądasz na taką, którą ciekawość do bram Piekła przywiodła… Takaś wielkooka, żabiasta… Wie pani, Egipcjanie już malowali żaby, curiosum, wie pani… spogląda na nią zatroskanymi oczami, typ włoskiego amanta, czarna firanka rzęs.

 Pani X:

Wszystkie drogi prowadzą do domu. Kultura współczesna to kultura oszałamiania, nic poza tym. krzyżuje ręce, przyjmuje ton kaznodziejski. Powinniśmy stworzyć niezachwiany bastion! Autorytetu brak, powiadam… Sztuka została sprowadzona do jednorazowej ekstazy, muzyka kaleczy uszy, ścisza głos i i… po rno gra fia atakuje z każdej strony!

 Pan Y:

Gdzie tam atakuje, regularnie w kiosku naprzeciwko kupuję, eee… Ale ale, jak to tak, jak... Co tu pani, za przeproszeniem, za farmazony… Cywilizacja panią cheba ominę... urywa, Pani X patrzy na niego z wyraźnym obrzydzeniem. Tak tak, erotyzacja kultury, grzech nie jest już grzechem, tylko spranymi majtkami. Mimo tego, nie chciałabyś pani pogrzeszyć? na jej czole pulsuje gruba żyła, jest czerwona ze złości. Dobrze dobrze, wszak to od subiektywnego poznania się poczyna... na nim się kończy, to...

(...)


Wywiad z Krzysztofem T. Dąbrowskim

Realizacja: Sebastian Post.

W 1978 roku powitał świat głośnym krzykiem (ponoć dwie położne do dziś mają problemy ze słuchem). Ów wszechstronny demoralizator i awanturnik zapragnął zostać muzykiem rockowym - niestety matka natura poskąpiła mu muzycznych talentów. Zdesperowany rzucił się w objęcia dziesiątej muzy. Gdy ukończył reżyserię uznał, że chyba woli inną (matki, chowajcie swoje córki! Córki, chowajcie swoje matki!). Postanowił zostać nowym wieszczem narodowym - pod koniec 2006 roku chwycił za pióro i tak zostało mu do dziś. W 2008 roku popełnił zbiór opowiadań pt."Naśmierciny" (czyli małe co nieco dla miłośników groteski horroru i fantastyki) wznowiony i poszerzony w 2012 roku jako "Naśmierciny i inne opowiadania". W lutym 2009 roku opublikował opowiadanie w słowackim Playboyu. W maju 2010 ukazała się jego druga książka "Anima vilis", w 2012 został jednym z pionierów bizarro fiction w Polsce - w tym stylu jest jego trzecia książka "Grobbing". W 2013 roku popularyzuje drabble - książka "Z życia Dr Abble". Prócz tego ostatnio został opublikowany obok Grahama Mastertona w książce będącej hołdem dla tego autora - "Dziedzictwo Manitou". Na przełomie marca i kwietnia nakręcony zostanie krótkometrażowy film z Anną Muchą w roli głównej, na podstawi jednego z drabbli pochodzącego z książki "Z życia Dr Abble".

 

1) Witaj Krzysztofie, od dłuższego czasu rozmyślałem o zrobieniu wywiadu z takim człowiekiem jak Ty i wreszcie nadszedł dzień „sądu ostatecznego”, w którym pragnę się zająć Twoją osobą, gdyż utrwaliło się, że w kolejnych numerach „Trismegisty” nie może zabraknąć utworu Krzysztofa T. Dąbrowskiego. Jak ty sam odbierasz, gdy spotykasz się z opiniami, że ludzie potrzebują twoich tekstów?

 

Witaj Sebastianie, bardzo się cieszę mogąc udzielić wywiadu dla Trismegisty. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy, tym bardziej, że gatunki w obrębie których się poruszam, nie należą do najpopularniejszych w naszym kraju. Teraz dla przykładu jestem w przeddzień wydania książki zawierającej ponad dwieście drabbli. Owe drabble to dość dziwny twór, który niby jest osobnym gatunkiem, ale jest to tylko moim zdaniem kwestia umowna, gdyż może być zarówno w konwencji horroru, groteski, fantastyki. jak i może być miniaturą obyczajową lub tworem na wpół poetyckim lub eksperymentalnym, prowokującym do gry słownej a nawet słowotwórstwa. Drabble to w moim postrzeganiu raczej zasada określająca ów twór niż osobny gatunek, ponieważ drabblem nazywamy miniaturę literacką, która ma nie mniej ani nie więcej jak 100 słów. Taka ilość słów prowokuje też do częstego korzystania z kolejnego chwytu, jakim jest zaskakujące zakończenie. Generalnie, biorąc pod uwagę fakt, iż krótka forma prowokuje do eksperymentów i korzystania z różnorodności gatunkowej, w mojej nowej książce "Z życia Dr Abble" postanowiłem pójść na całość i solidnie się zabawić korzystając z pełnego wachlarza możliwości, jakie daje ów twór.

 2) W którym momencie życia doszedłeś do wniosku, że chcesz akurat zająć się pisarstwem, czy miałeś takie samo odczucie jak muzyk, który bierze gitarę i rzecze „Chcę zostać muzykiem. Czy pamiętasz pierwszy tekst, z którego byłeś bardzo dumny i uświadomiłeś sobie, że idziesz właściwą drogą?

 

Muzykiem akurat nie byłem. Owszem zamarzyło mi się granie na gitarze, nawet kupiłem sobie wiosło, ale dość szybko zdałem sobie sprawę, że w tej materii, to akurat we mnie tkwi antytalent, więc dla dobra ludzkości postanowiłem dać sobie z tym spokój. Zdarzył mi się za to epizod wokalny w kapeli rockowej i nie powiem, tu radziłem sobie znacznie lepiej i było to dość ciekawe doświadczenie, ale koniec końców też okazało się, że to nie jest TO.

Próbowałem w życiu wielu rzeczy szukając własnej ścieżki i wiele lat mi to zajęło nim odkryłem, że akurat mam smykałkę do pisania. Wcześniej śpiewałem w kapeli, studiowałem reżyserię, a na samym początku, czyli w wieku siedmiu, ośmiu lat, bardzo interesował mnie temat wygrzebywania kości z ziemi... nie, bynajmniej nie jestem psychopatą, fascynowały mnie dinozaury i chciałem zostać paleontologiem. Może to na skutek tego, iż w tak młodym wieku uświadomiłem sobie, że kiedyś po ziemi chodziły takie wielkie dziwne potwory, dziś piszę horrory. Choć z drugiej strony prędzej powinno mnie ponieść w rejony zarezerwowane dla fantasy. W okresie licealnym próbowałem pisać wiersze w klimatach Morrisona.

         Niewiele rozumiałem, z tego, co wtedy pisałem, zresztą celowo starałem się, by były one jak najbardziej enigmatyczne - a powstawały nie z potrzeby ducha, a li tylko po to, by potem podrywać w pubach dziewczyny metodą na "mrocznego poetę". Nie powiem, działało to całkiem nieźle. Ale wracając do pytania, zawsze zależało mi na tym, by coś tworzyć, odtwórcza, powtarzalna praca, to dla mnie katorga - nie znoszę nudy, uwielbiam nieznane. A proces tworzenia zawsze zawiera ów pierwiastek nieznanego - zaczynając coś tworzyć nigdy nie wiesz, gdzie i jak tak naprawdę skończysz, możesz sobie nawet zaplanować swoje przyszłe "dzieło", ale zawsze z czasem zaczyna ono żyć swoim życiem i, koniec końców, to ono potem prowadzi cię za rękę. Zresztą pisanie to dla mnie też i świetna zabawa, bo gdyby mnie to nie bawiło, to zdecydowanie bym się tym nie zajmował, a raczej szukał innej drogi do wyrażenia siebie. Choć a'propos wyrażania siebie, to raczej nie należy brać tego zbyt dosłownie, bo gdy np. piszę o psychopatycznym seryjnym mordercy wcale nie oznacza to, że mam jakieś chore skłonności i skrycie marzę o wymordowaniu sąsiadów. To bardziej jak wyimaginowana podróż do czyjejś głowy, coś nieco zahaczającego o metodę Stanisławskiego w aktorstwie - chodzi o to, by na tyle mocno wczuć się w kreowaną postać, na ile się tylko da, by opisywać świat z jej perspektywy. Można rzec, że jest to też swego rodzaju ciekawe doświadczenie psychologiczne, a na dodatek w pewnym sensie przygoda. Przygoda, bo kiedy pisarz rozpędzi się w tym swoim pisaniu, to często dobrze wykreowana postać przejmuje ster i sama zaczyna prowadzić piszącego przez opowiadaną historię, w pewnym sensie wymyka się spod kontroli i dzięki temu pisarz sam tak naprawdę nie może być do końca pewien, co też za chwilę danej postaci przyjdzie do głowy, co nowego wymyśli i tak dalej.

 3) Co wpłynęło na ciebie, że postanowiłeś tworzyć horrory i tematy o zabarwieniu grozy?

(...)

 Eseje

 
Martin Hulk...

 „Upadek i Ascendencja Woli”

Siła Woli jest pojęciem niematerialnym, a każdy pragnie posiadać wolę tak silną, by mogła poruszyć dowolnie ciało i umysł wedle indywidualnych potrzeb. Chociaż rozpoznawalne źródła woli pochodzą z ciała i umysłu, a nawet znajdują się po za nimi. O sile woli możemy mówić, gdy witalność ciała jest znaczna i możemy powiedzieć, że czujemy się „w sile” by zacząć działać w pożądanym kierunku. Właściwie sprawność umysłu jest zależna od kondycji ciała. Wszelkie aspekty woli wciąż są dyskusyjne, choćby Wolna Wola, zdania ciągle są podzielone. Oczywiście możemy uznać tak, a nie inaczej, co do istnienia woli, ale wciąż są to uzgodnienia sygnowane nazwiskiem jakiegoś filozofa. Zaś neurolodzy wykluczają istnienie wolnej woli i uznają ją za wypadkową procesów fizjologicznych, która może mieć nieznaczny wpływ na te procesy. Na potrzeby opisu aspektów siły woli przyjmę jej istnienie w dualistycznym ujęciu, które wzajemnie się uzupełnia. Tak, więc istnieją dwie siły woli, Wola Życia i Wola Działania.

Pierwsza posiada aspekt fizyczny dotyczący bezpieczeństwa ciała i jest instynktem przetrwania, wolą walki w celu zachowania życia. Nie musisz chcieć żyć, nie jest to cel, lecz reakcja, która daje o sobie znać dopiero w chwili bezpośredniego zagrożenia. Jako istoty postępu cywilizacyjnego aktualnie naszym naturalnym środowiskiem są 4 ściany. Wokół nie ma bezpośrednich oznak zagrożenia i wola pozostaje uśpiona. Nawet, gdy spadasz na dno hierarchii społecznej, jest to zbyt powolne i wciąż czujesz się względnie bezpiecznie, bo nie umrzesz za moment. Śmierć rozłożona w czasie nie jest zagrożeniem. Druga jest powszechną wolą, działaniem, które naturalnie dąży do ruchu i postępu. Z tą wolą mamy największe trudności. Zastanawiałeś/aś się dlaczego, mimo najlepszych starań, w niektórych sprawach cokolwiek by nie uczynić wyniki są zerowe lub znikome? W tych trudniejszych sprawach wiesz, że woli masz dużo, lecz wciąż trafia ona na przeszkodę, studnię bez dna, gdzie jakaś osobliwość pochłania każdą iskrę woli ukierunkowaną na cel. Możesz powiedzieć, że taki ktoś za mało się stara, nic bardziej mylnego, stara się, ale cała jego energia woli zostaje skierowana do wewnątrz. Mimo najlepszych chęci wciąż stoi w miejscu, aż zostaje w tyle, bo rzeczywistość na nikogo nie czeka. Skierowanie woli do wewnątrz jest to typowy stan, który można określić „Inwersją Woli”.

(...)

 Sławomir „Slav”Orzechowski

 „Co to człowiek…”

Człowiek to istota, która zaraz po diable tasmańskim i małpie zakodowane ma nieustającą walkę. Walka o byt, miejsce zamieszkania i przywództwo stada to tylko podstawowe elementy nieustającej wojny gatunkowo – łańcuchowej. Zabijamy się od tysięcy lat dlatego, bo jesteśmy istotą zwaną człowiekiem, człowiekiem ponoć myślącym. Więc jak wytłumaczyć podczłowiecze zachowania, które  to stawiają nas zarazem najgorszymi skurwiałymi istotami na ziemi. Nic gorszego matkę Ziemia nie spotkało niż człowiek.

Takie zachowania jak seryjne morderstwa dla przyjemności, pedofilia, zoofilia, nekrofilia czy gwałty na własnych dzieciach, nie występują poza człowiekiem u żadnych istot na ziemi. Żaden potomek nowonarodzony nie jest gwałcony przez rodzica. Kanibalizm, kazirodztwo czy też mordowanie potomstwa zdarza się u wielu gatunków zwierząt. Ale idąc dalej, podludzkimi zachowaniami są celowe intelektualne zagrywki mające na celu poprawienie własnego samopoczucia - ego. Konfabulacje, wyolbrzymianie sytuacyjne i wreszcie zmienianie obrazu innym ludziom o danym człowieku.

Standardem ludzkiego zachowania są wyczyny takich osób jak Stalin czy Hitler. Istoty te niczym małpy, walczyły aż po życia kres o terytoria dla własnego stada. Zachowaniem podludzkim Stalin wykazał się mordując swój naród, ludzi potrzebnych mu do walki i wzmacniania stada zwanego związkiem sowieckim. Tak więc widać jak blisko z poziomu człowieka stać się podczłowiekiem, czyli zejść poziom niżej. Frycek jeden pisał już o poziomach człowieka; podludzi i nadludzi, co wpadło do głowy kutasowi Adolfowi, który umiejętnie umiał zmanipulować ludzi, ludzi poziomu zero.

Ja istotę ludzką stopniuję w trzech poziomach; od –1 przez 0 do +1. Nie propaguję żadnej filozofii rasowej, a stopniowania człowieka dokonuję na podstawie analiz jego zachowań. Skoro normą jest walka o władzę, wojny, przemoc, kradzieże, zdobywanie za wszelką cenę wszystkiego co się da i jest w zasięgu możliwości istoty ludzkiej, to każde gorsze zachowanie od wymienionych i nie mieszczące się w poczynaniach innych zwierząt będzie klasyfikowało się poniżej poziomu „zero” czyli underhuman.

Jakie natomiast będą zachowania na poziomie +1, czyli nadludzkie? Na pewno będą one pozytywne i klasyfikowały się w zachowaniach nie występujących w świecie zwierząt i ludzi. Nadludzkim kontrowersyjnym zachowaniem jest niewątpliwie honor, pacyfizm, samobójstwo. Na tych wyrazach skupmy się teraz, bo są na pewno szokujące, gdy tak obok siebie się je zestawi.

Honor jest pojęciem obszernym, zawierającym w sobie całą masę zachowań tożsamych, nie zawsze dla drugiej strony pozytywnych. Podobnie jest z samobójstwem. Nie znam zwierząt czy ludzi z poziomu zero i –1, aby byli skłonni odebrać sobie życie skoro posiadają tak silny instynkt samozachowawczy. Choć są sytuacje, że człowiekowi z każdego poziomu klasyfikacji uruchomi najwyższy poziom, lecz będzie on tylko ucieczką i strachem przed konsekwencjami z jego poczynań. Przykładem może być sam Hitler, człowiek z poziomów –1 i 0, który popełnił samobójstwo po nieudanych podbojach terytoriów dla własnego stada. Lecz samobójstwo Adolfa było wynikiem nie wzbicia się na poziom wyższy, a ucieczką przed konsekwencjami jego zbrodniczych czynów, czyli instynkt samozachowawczy nakazał mu ucieczkę przed cierpieniem. Według jego stada zachował też honor, który u innych ludzi jest inaczej odbierany. Ciężko mówić o honorze ludzi o zachowaniu z –1 czy też zero, ale jest to pojecie względne. Honorem zbrodniarza będzie nie poddanie się prawu, ale wtedy definicja jest zamknięta w wąskim stadzie. Zatem można śmiało stwierdzić, że cechy jednostki są pojęciem względnym i mogą występować na każdym poziomie egzystowania.

Co jest normą? Która definicja jest właściwa, prawdziwa? Większość stanowi przeważnie regułę. Pacyfizm celowy jest jednak pojęciem, które najbardziej da się zaszufladkować na poziomie +1. Owszem, można takowe zachowanie spotkać u niektórych ptaków chroniących swe gniazda z młodymi przed drapieżcą. Nazwałbym to bardziej instynktem samozachowawczym skierowanym na potomstwo lub honorem rodzica. Pacyfizm u człowieka na poziomie +1 cechuje świadomy wybór sytuacji. Ale czy w sytuacji kryzysowej będzie on wiecznie tkwił w swoim nastawieniu? Wątpię by pacyfista poświęcił rodzinę, patrzył jak mordują jego dzieci, obserwował gwałt swojej żony. Psychologicznie może być sparaliżowany strachem, ale czy poziom zero nie aktywowałby się w takim przypadku?

Świadome samobójstwo z przyczyn egzystencjalnych jest kwalifikowane na najwyższym poziomie funkcjonowania człowieka. Odebranie sobie życia ze względu na to, iż trzeba pracować, walczyć o byt, wzbijać się po szczeblach kariery po to, by potem umrzeć lub żyć w chorobie i samotności uważam za zachowanie nadludzkie. Nadludzkie wzbicie się ponad standardowe człowieczeństwo, wzbicie się ponad instynkt samozachowawczy, wychujanie wszystkich ludzkich zachowań i instynktów.

(...)

 Iwona Urbańczyk

 „Histeria (za)pisywania”

Twórczość jest powoływaniem jakiegoś bytu (powiedzmy intencjonalnego) do istnienia, zaprojektowanym, w porywie esencjonalnej sugestii (natchnienia), wyrwaniem czegoś z nicości. Aktem demiurga, jakkolwiek stwórcze charaktery nie analizują stanów, jakich doświadczają w trakcie ich trwania, a często również i po ich zakończeniu. Niemniej jednak jakiś element myśli zostaje utrwalony i ukazany światu, który dzięki temu powinien się bogacić o "nowy" odcień Prawdy, choć jakże często również demaskuje "wygodne", a (albo właśnie dlatego) przyjęte przez ogół, kłamstwo. Jeśli „przekaz” zaistniał, niemożliwym staje się jego wymazanie, z czym wypada się pogodzić i budować nowe sensy, wpasowując w nie coraz to kolejne „dane”.

Stwórczość na tyle pochłania nicość, na ile stara się być ucieczką od niej. Lęk przed popadnięciem w stan niebycia, skłania do odżegnywania się od bierności i "lekkości" istnienia, za co ustalona jest cena "aktywnej" histerii. Histeria taka aranżuje sytuację nieustannej walki o ustanowienie trwałych, przybliżonych ludzkiemu pojmowaniu, zasad funkcjonowania Kosmosu, a szczególnie tego najbliższego nam jego pierwiastka. Jednak taka „stałość”, choć wielce upragniona, nie może być osiągnięta, gdyż w tejże chwili wszelkie poszukiwania straciłyby sens, a, co ważniejsze, również racja bytu i działania (dla jednostek definiujących się poprzez takie działanie) twórczych histeryków. To co nas dotyka, co nas obchodzi, co daje nam pewność, (po)czucie, jest w naszych oczach najbardziej namacalnym dowodem naszego istnienia. Dlatego też skupiamy się na pewnym „wyłomie” (ze) świata, jakkolwiek myślimy, że charakteryzuje nas rozciągłość horyzontu umysłowego. To zatem, co zostanie przywołane na papierowych kartach (bo tym aspektem twórczości właśnie pragnę się zająć w szczególności) w formie czarnych znaków (symbolu uładzenia społecznego i cywilizacyjnego, co już staje się pewnym kompromisem) buduje drogę do umysłu i konstrukcji psychicznej autora, a także pozwala innym, mniej sprecyzowanym w swym "poszukiwaniu siebie", podążyć drogą rozwoju spostrzeżeń w relacji Ja-Wszechświat (jak widzimy, poprzez – Ty, co jest ciekawym paradoksem, ale i istotnym elementem EDUKACJI w dziedzinie „Ja”). Psychika autora jest punktem wyjścia rozważań na temat twórczości, gdyż ten aspekt ma niepodważalny wpływ nie tylko na charakter (i styl) jego wypowiedzi, ale samo zaistnienie momentu stwarzania, a jeszcze wcześniej – inspiracji, co jest niebagatelnym sposobem analizy owego zagadnienia.

Uczucie „niedosytu”, czy, powtarzając za Markowskim, „wydrążenia”, synonimu – utraty, jest zaczątkiem działania na rzecz zniwelowania, umniejszenia tegoż, za pomocą środków, które tę "lukę" będą w stanie zapełnić. Środkiem takim jest akt twórczy, zarówno "sam przez się", jak i jako efekt” uboczny" układających się w spójną, ocenzurowaną zasadami logiki, całość. Całość, która nigdy nie zamknie się w twarde ramy, nie zakończy własnego formowania się, nie utraci postulatu modyfikowania, kompletowania, czasem rujnowania swego obrazu. Umysł ludzki takiej "nagrody"(w formie spójnego obrazu rzeczywistości) łaknie, ale i samoistnie odchodzi od takiego (zgubnego) ideału na rzecz powtarzającego się procesu poszukiwania i interpretowania doświadczanych znaków. Wygląda to na samoudręczenie. Może i jest nim w istocie. Niemniej jednak jest to niezbędny i niezawodny składnik samonapędzającego się pozna(wa)nia, braku rutyny i „spłaszczenia” sądów poprzez powoływanie się na "uznane" prawdy. W odniesieniu do rzeczywistości obiektywnej, stworzyciel pozostaje jakoby wyrzucony, wypchnięty, poza margines przystawalności, jest to jednak wyrzucenie pozorne, gdyż doznanie zestawienia ze światem w akceptowalną konstrukcję, podważa w umyśle artysty, jego wyjątkowość, a przez to możliwość obiektywnych ocen. (Samo)wygnanie z jednomyślnego tłumu zmusza do zaprojektowania "własnego" świata wartości. W reakcji na potępienie dochodzi do twórczego buntu. Zatem raz jeszcze psychiczne aspekty charakteru człowieka łączą się z zagadnieniem twórczości.

Histeria jest doznaniem nerwowego napięcia, które najczęściej przypisywane jest kobietom (od czasów Platona). Jednak uważam, że należy odejść od takiego pojmowania jej, zwłaszcza, gdy omawiamy twórcze popędy artysty, abstrahując zupełnie od płci. Poczucie owładnięcia przez emocje, które kumulują się, spiętrzają, jest w jakimś sensie "rozedrganiem w sobie", momentem, który wymaga działania na rzecz zniwelowania uczucia "przepełnienia" wrażeniami (od)zmysłowymi, gwoli złagodzenia przykrego stanu. Ucieczka przed skrajnością (być może obłędem) dzięki stwarzaniu konstrukcji myślowej w formie literatury, wraz z nadawaniem temuż dziełu symbolicznego sensu – mityzacji, powoduje spadek negatywnych emocji, a pojawieniem się kompensacji – euforii. Można w tym miejscu wspomnieć, powołując się na psychoanalityczne badania Zygmunta Freuda, iż „napięcia” takie, ich „rozładowania”, akt twórczy, posiadają swoje źródła (ja zasygnalizowałabym ten fakt jako – pokrewieństwo) w seksualnych popędach człowieka, które również są potrzebami (pierwotnymi) ucieczki przed nicością (tu gatunkową) wraz z psychicznymi i emocjonalnymi tego konsekwencjami.

(...)

 Bogusława M. Andrzejewska 

„Niebo na Ziemi”

Szczęście jest jak motyl: gdy za nim gonimy, wciąż się nam wymyka, ale gdy usiądziemy spokojnie, może na nas wylądować.

N. Hawthorne 

Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Rozpoczęła się era zdecydowanie duchowa, co widać wyraźnie z każdej strony świata. Większość z nas pragnie poznać niepoznane i zrozumieć sens swojego istnienia. Zadajemy sobie pytanie, co jest poza światem widzialnym? Czego dotykamy we śnie? Co jest poza granicą życia? Co wypełnia nas blaskiem, kiedy podajemy dłoń ukochanej osobie? Ludzie łakną Światła i szukają go wszędzie, gdzie tylko mają szansę go dotknąć. Pojawia się mnóstwo nowych nurtów duchowych oraz niezwykłych nauczycieli. Nowa era staje się erą przede wszystkim Miłości, najpotężniejszej siły wypełniającej Wszechświat.

Niektórym czas poszukiwania Światła kojarzy się przede wszystkim z zapachem wschodnich kadzidełek, jogą, wietrznymi dzwonkami i nuceniem mantr. To nie przeszkadza. Ale nie ma zupełnie znaczenia. Miłość jest w nas. Pokój jest w nas. Szczęście też jest w nas. Niebo jest na ziemi tu i teraz, a magiczny czas, który nadszedł, ma nas otworzyć na skarby naszego serca.

Moja ścieżka duchowa zaczęła się wiele lat temu. Byłam wtedy klasycznym sceptykiem, dla którego najważniejsze było „mędrca szkiełko i oko”. Któregoś dnia wpadła mi w ręce książka o Hunie ze szczegółowym przepisem na spełnianie marzeń. Ale zanim się w niej rozczytałam na dobre, znajomy zaproponował mi udział w seminarium Reiki. Zdecydowałam się uczestniczyć w tym niesamowitym spotkaniu, ponieważ obiecywało opanowanie technik niekonwencjonalnego uzdrawiania chorych ludzi...

To był przełom. Otworzyłam tajemniczą księgę duchowego życia i zaczęłam ją zapełniać zupełnie nowymi doświadczeniami. W moim życiu pojawiły się nowe barwy, nowe dźwięki i światła, których wcześniej nie widziałam. Na seminarium dostałam nie tylko wiedzę, ale i całkiem nowe – wewnętrzne - zmysły. Odtąd przestałam ważyć i mierzyć, a zaczęłam szukać w sobie magii. Próbowałam medytować i wizualizować. Przez wiele lat uczyłam się, ćwiczyłam, uzdrawiałam swoje życie, rozwijałam „czuciowiedzę” i dostrajanie się do Źródeł Przekazu, aby dzisiaj być w tym punkcie, w którym jestem. Uzdrawianie ciała okazało się mało znaczącym drobiazgiem na magicznej drodze, którą poprowadziła mnie tęczowa energia... Poprzez liczne szkolenia, wartościowe książki, cudownych nauczycieli i niepowtarzalne doświadczenia, wzrastałam do Miłości. 

Wśród wielu duchowych tematów trafiłam na Prosperitę. To wiedza, która pozornie uczy, jak być bogatym, jednakże daje o wiele więcej, ponieważ jest w istocie duchowym podręcznikiem udanego życia. Angielskie słowo „prosperity” oznacza nie tylko dostatek, ale także pomyślność i dobrobyt. Dla mnie w spolszczonej wersji stała się synonimem stanu, w którym jesteśmy nie tylko bogaci i zasobni, ale także zdrowi, spełnieni w miłości, zadowoleni. Prosperita to twórcza samorealizacja, osiąganie sukcesów, pogodne życie w otoczeniu przyjaciół, zgoda w rodzinie i znakomite samopoczucie. Wiedza ta, omawiając zasady, które rządzą wszechświatem, pokazuje jak być szczęśliwym. Co kluczowe, mówimy tu o szczęściu opartym na zewnętrznych czynnikach.

Czym jest takie szczęście? Pewnie każdy ma na to swoją odpowiedź, różną od tego, co powie sąsiad, koleżanka czy znajomy z pracy. Większość z nas potrafi nazwać po swojemu coś, co mu sprawia przyjemność lub daje zadowolenie. To mogą być przedmioty, pieniądze – czy też wprost: bogactwo. To może być zdrowie albo spełniony związek partnerski. Najczęściej nie ograniczamy siebie i szczęściem nazywamy zestaw wszelkich dostępnych dóbr, czyli: pieniądze plus zdrowie, plus udane dzieci, plus wspaniały partner, plus sława i uznanie, plus...

(...)

 

 
   
Reklama  
   
Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (13 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=